Music

sobota, 1 lipca 2017

19. Nie chcę - nawet nie wiem, jak?

Zjechałem z autostrady delikatnie zdejmując stopę z gazu. Zjazd ciągnął się i ciągnął, a ja zmuszony byłem coraz bardziej hamować, żeby nie uderzyć w wlekące się przede mną auto. Nie ma to jak niedzielni kierowcy, zawalidrogi, które powinny jeszcze raz pójść na kurs, ponieważ dokument wydany przed czterdziestu laty już dawno stracił na aktualności, co doskonale było widać na załączonym obrazku. Ten samochód też zapewne wyprodukowali pół wieku temu.
W końcu udało mi się zjechać na zwykłą dwupasmówkę. Wychyliłem się, żeby sprawdzić, czy coś nie jedzie z naprzeciwka. Droga była pusta, więc bez afiszu wcisnąłem gaz do dechy, włączyłem kierunkowskaz i wyminąłem tego starego pryka. Kątem oka widziałem trzęsącego się za kierownicą dziadunia, który tak mnie zirytował. Nawet zrobiło mi się go szkoda, ponieważ uważałem, że rodzicami w pewnym wieku powinny się już opiekować dzieci i nie narażać ich na zbędne niebezpieczeństwo. Zmieniłem kierunkowskaz i wjechałem przed tego biednego staruszka.
Zerknąłem przelotnie na siedzącą obok Lo. Patrzyła się tępo przed siebie, a pędzący wokół świat kompletnie jej nie ruszał. Rano dla zachowania pozorów wzięła leki i to dlatego odleciała. Było mi jej szkoda jeszcze bardziej, niż tamtego starszego pana. W głowie zacząłem układać sobie plan rozmowy z Morino. Nie chciałem, żeby Sakura nadal musiała brać to gówno, które czyniło z niej warzywo w przeciągu piętnastu minut. Uważałem to za kompletnie nieludzkie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że robienie sobie przez nią przerw w braniu lekarstw było skrajnie nieodpowiedzialne, ponieważ nie wiedzieliśmy, jakie mogą być tego konsekwencje. Po coś je przecież dostała, prawda?
Zacząłem się zastanawiać, czy ona w ogóle tego wszystkiego potrzebowała. Może lepiej było by ją po prostu zostawić w spokoju, zamiast robić z niej królika doświadczalnego i dać jej odpocząć od wszystkiego, łącznie ze mną? Choć twierdziła, że mnie potrzebowała doskonale wiedziałem, że stanowiłem dla jej mózgu równocześnie motywację do zmian i zapalnik do autodestrukcji. Oddając ją pod opiekę psychiatry ułatwiałem sobie życie, wmawiając jej i reszcie świata, że tylko tak można jej pomóc. Jednak wszystko miało swoje granice.
Czy schemat działania, proponowany przez Ibiki'ego naprawdę działał? Mogłem ją przecież zostawić w tej klinice na kolejny rok, dwa, może dziesięć i tłumaczyć sobie, że na wszystko potrzeba czasu. Pytanie brzmiało: czy postąpił bym dobrze? Jaką miałem gwarancję, że po tych dziesięciu latach ona poczułaby się lepiej? Idąc przecież drogą, którą obrał Morino Sakura równie dobrze mogłaby tak wegetować do końca swoich dni, a oni wmawiali by nam, że to z powodu zbyt szybko postępujące choroby. To nie nowotwór, czy inny syf. Lo po prostu się pogubiła. Proszeczki szczęścia przeciw depresji owszem, ale ona mają na celu wywołać harmonię i powstrzymać wahania nastrojów, a nie ją ich pozbawić.
To wszystko skłaniało mnie do jednego wniosku: sytuacja była beznadziejna, a ja nie wiedziałem, jak się zachować, żeby być w stosunku do Haruno fair.
Szybciej niż bym chciał wjechaliśmy w las, który stanowił naturalną barierę dźwiękową dla ośrodka położonego w sąsiedztwie autostrady. Po obydwu stronach drogi ciągnęły się hektary sosen przykrytych puszystym śniegiem, zdechłych krzaków i wystających spod śniegu gałęzi. Zwolniłem nieco, obawiając się dzikich zwierząt, którym mogłoby przyjść na myśl wejść mi pod koła jak gdyby były panami świata. Skończył się asfalt, więc samochód zaczął podskakiwać na polnych wertepach, a ja w duszy modliłem się o to, żeby moje podwozie to wytrzymało. W końcu nigdy nic nie wiadomo, mój samochód nie był najnowszym modelem i zdążył się już nieco zużyć.
Sasuke – odezwała się różowowłosa, wyrywając mnie z zamyślenia. Zahamowałem gwałtownie, patrząc na nią z nadzieją. Być może mogło to być najważniejsze zdanie, jakie usłyszałbym tego dnia.
Hm? – doprawdy nie wiedziałem, dlaczego mój głos nie oddawał wewnętrznej euforii związanej z wybudzeniem się dziewczyny z transu. Powinien być radosny, a wyszedł jak zawsze ponury i raczej niechętny do konwersacji.
Dziękuję ci – zwróciła na mnie swoje oczy tak powoli, iż zdawało mi się, że trwało to wieczność. Niemniej jednak gest ten dał mi do zrozumienia, że Lo była przytomna i powróciła ze swojego świata.
Nie masz za co – odparłem, odwracając twarz z powrotem do szyby.
Bez ciebie by mi się nic nie udało – ciągnęła, wciąż wlepiając we mnie te swoje ogromne gały.
Przesadzasz – zgasiłem silnik. Po co zatruwać środowisko? – Wszystko, co osiągnęłaś do tej pory powinnaś zawdzięczać tylko sobie.
Bez ciebie nic bym nie dostrzegła – położyła dłoń na moim udzie. Spojrzałem w dół. Była taka niepozorna, delikatna i sinofioletowa. – Wokół mnie zawsze była jedynie ciemność, nawet teraz słabo widzę światło. Wiem, że zmierzam tam, gdzie mogę z powrotem pogrążyć się w mroku własnych wspomnień, lecz mam nadzieję... zobaczyć światło... mam się dla kogo starać.
Przesadzasz – powtórzyłem, choć w głębi duszy poczułem dumę z samego siebie. W końcu chyba zrobiłem coś dla kogoś dobrze. – Powinnaś się starać dla siebie – słysząc to zabrała dłoń i odwróciła się z powrotem w stronę szyby. Wróciliśmy do punktu wyjścia, a ja nie czułem, że powinienem był ugryźć się w język. Może to ze mną było coś nie tak, bo nie byłem łasy na komplementy? Zawsze mogłem zwalić winę na to, że wsparcie i motywowanie, podobnie jak działanie w grupie zupełnie nie leżało w mojej naturze.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce i ruszyłem do przodu powoli. Choć jeszcze przez chwilę chciałem czuć jej obecność przy sobie i dopiero potem pogrążyć się w, jak to ujęła Sakura, ciemności. Aż do następnego spotkania. Sięgnąłem po leżący przy skrzyni biegów telefon i wolną ręką wybrałem numer. Po paru sygnałach odebrał.
Haaalo?
Witaj – uśmiechnąłem się połowicznie. Chyba go obudziłem. Rzuciłem okiem na godzinę na wyświetlaczu radia. Dochodziła dwunasta, a więc było to bardzo prawdopodobne. – Potrzebuję wiedzieć, jak wygląda nasz plan na najbliższe trzy miesiące.
Teraz? – westchnął. – Koniecznie teraz? Nie możesz z tym zaczekać do trzeciego, jak się zobaczymy?
Wybacz, ale nie – zaśmiałem się. – Chcę umówić parę spotkań prywatnie i mogę to zrobić za jakieś dwadzieścia minut.
Z kobietą? – zarechotał obrzydliwie, a ja odsunąłem aparat od ucha.
Ej – upomniałem go groźnie. Robił mi na złość. – Jeżeli musisz wiedzieć i to cię pośpieszy to tak.
Ja chyba nawet wiem, o którą ci chodzi – zanucił z dziwnym przygnębieniem.
Czyżby? – uniosłem brwi.
No tak, trochę się zrobiło o was ostatnio głośno.
Co masz na myśli? – zapytałem podejrzliwie. Byłem tak pochłonięty zielonooką, że zapomniałem o istnieniu czegoś takiego jak prasa i portale plotkarskie.
Pogadamy, jak wrócisz – uciął. Rozumiałem przez to, że trochę musiało się tego zebrać. – Co do terminarza, to macie koncert za dwa tygodnie, piętnastego w Skyclub. Potem dwa razy Osaka, to jest dwudziesty i dwudziesty trzeci, a potem... – urwał, zapewne próbując rozczytać samego siebie. – A potem znowu Tokio i laba, jeżeli chodzi o koncerty chyba, że coś jeszcze wskoczy, ale nie przewiduję. Pojutrze za to ty i Naruto lecicie do śniadaniówki tłumaczyć się z tej akcji w Konoha, mam nadzieję, że nie strzelisz focha i się stawisz – słysząc to prychnąłem. – No co, księżniczko? Taka prawda, że szczególnie z tobą to nic niewiadomo. Od piątego do czternastego zarezerwowałem wam studio na cały dzień, potem od szesnastego do dziewiętnastego i po dwudziestym czwartym. Na luty planów jeszcze nie mamy, choć podobno kroi się coś charytatywnego i warto byłoby się tym zainteresować zwłaszcza, że niedługo będziecie wydawać kolejny album.
Nagle poczułem, że mam strasznie dużo obowiązków. Praca w studiu wbrew pozorom naprawdę pochłaniała mnóstwo czasu i energii. Jednocześnie dostrzegłem parę dni, w których powinienem teoretycznie mieć przerwę, żeby nie zniszczyć sobie głosu. Mógłbym wtedy odwiedzić Sakurę i wszystko byłoby git.
Coś jeszcze? – zapytałem, ciesząc się, że udało mi się pogodzić pracę z przyjemnością.
Na razie nikt nie dzwonił – Jiraya zaśmiał się. – Nie jesteś aż tak popularny, dzieciaku.
Bardzo dobrze, do zobaczenia – pożegnałem się.
No no, szczęśliwego – mruknął i rozłączył się.
Z kim rozmawiałeś? – niemal natychmiast zapytała Sakura. Spojrzałem na nią zaskoczony.
Ożywiłaś się – posłałem w jej stronę przebiegły uśmiech. Otworzyła buzię, jak gdyby chciała coś powiedzieć, lecz milczała. – Z Jirayą. Chciałbym cię jakoś niedługo odwiedzić, ale nie wszystkich stać na takie wakacje, jak twoje, rozumiesz? Biznes się kręci, a ja muszę czymś zapłacić za benzynę i twoje zachcianki.
Przecież jak nie mam żadnych zachcianek – mruknęła niezadowolona pod nosem.
Jeszcze.
To nie fair – podparła twarz ręką, drugą wymachując w powietrzu.
Co? – zmarszczyłem brwi. Miała minę jakby chciała komuś przywalić. Nawet antydepresanty nie potrafiły zatrzymać jej temperamentu i wybuchowego charakteru. Fascynujące.
Ja też bym chciała płacić za benzynę, udzielać wywiadów i dawać koncerty – burknęła.
Ach, więc jesteś zazdrosna – zaśmiałem się ze złowieszczą satysfakcją. Ona spojrzała na mnie pobłażliwie, choć jej źrenice tak jakby zaszły mgłą. Senność ponownie ją ogarniała.
Oczywiście, że tak. Każdy by tak chciał.
Nie bój się – zaparkowałem na parkingu przed kliniką. – Zaraz stąd wyjdziesz.
Wysiedliśmy. Na zewnątrz panował tradycyjny dla naszej szerokości geograficznej mróz. Podszedłem do różowowłosej. Zaciął jej się suwak od kurtki i próbowała sobie sama z tym poradzić. Oczywiście bezskutecznie, więc jej pomogłem. Zupełnie jak małej dziewczynce.
Niespodziewanie zza chmur wyszło nieśmiałe słońce. Otaczające nas nieskończone, choć ograniczone wysokim murem pole białego puchu odbiło jego promienie, a ów migoczący blask dostrzegłem również w oczach różowowłosej. Znowu poczerwieniał jej nos od zimna, co nieco mnie rozmiękczyło. Czas pożegnania – przynajmniej dla mnie – nadszedł zbyt szybko. Choć miałem cały tydzień na to, by oswoić się z myślą, że przecież nic nie trwa wiecznie, uparcie odganiałem ją od siebie przeżywając każdy pojedynczy moment, jak ten.
Dokładnie. Powoli. Dogłębnie. Jak nie ja.
Już się bałam, że przytniesz mi brodę suwakiem – zachichotała słabo, choć żadnemu z nas nie było do śmiechu. Złapała moją twarz obiema dłońmi i przyjrzała mi się uważnie, w miarę swoich możliwości. Jej oczy były jednak rozbiegane i zupełnie nie mogła się na mnie skupić. Biedna Lo. – Takiego właśnie chciałabym cię zapamiętać.
To znaczy? – położyłem jej dłoń na plecach i przyciągnąłem do siebie. Nim zupełnie zniknęła w mojej kurtce spostrzegłem jeszcze jej nieśmiały uśmiech.
Masz taką obojętną twarz. Wcale nie jesteś smutny...
Nawet nie wiesz...
Wiem, ale nie wyglądasz – pogłaskała nosem miejsce, w którym powinienem mieć czerwoną bryłkę lodu, zwaną potoczne sercem. – No... to do zobaczenia za... nie wiem ile. Na pewno do ciebie zadzwonią. Powiem im, żeby rozmawiali z tobą, a nie z tatą, bo on będzie chciał robić wszystko po swojemu, czyli na pewno nie po mojemu – zażartowała.
Jesteś gotowa? – zapytałem, dotykając po raz ostatni jej krótkich włosów i starając się zapamiętać ich fakturę oraz zapach jak najdokładniej byłem w stanie. Bałem się, że jeżeli zbyt przeciągnę ten moment Sakura zaśnie na stojąco.
Nigdy nie będę – odparła. Odsunęła się, odchodząc kilka kroków w stronę kliniki.
Zabrałaś wszystko? – upewniłem się. Mówiąc wszystko, miałem na myśli kurtkę, portfel z dokumentami i leki. Wskazała dłonią na głęboką kieszeń kurtki, z której wystawał plastikowy woreczek. Zmieściła w nim wszystko, co miała, cały dobytek. Resztę ciuchów, kosmetyków i innych miałem zawieść do jej ojca. Niczego więcej nie potrzebowała.
Pomachała mi dłonią i nadal się uśmiechając, odwróciła się w stronę schodów, które musiała pokonać. Podążałem za jej szybkimi i zwinnymi ruchami spokojnym wzrokiem. Jeszcze tylko trzy, dwa, jeden... trzask – już jej nie było.
Coś rozerwało wnętrze od środka. Czerwona bryła lodu pękła na pół, gniotąc inne organy i wnętrzności. Odkryłem dzięki temu własną duszę, o której zdążyłem już przy Sakurze zapomnieć. Ona była moim tlenem i moją radością. Stworzyła mój świat w swoich oczach i głosie.
Odwróciłem się na pięcie. Musiałem. Widok pustych schodów był okropny. To tak, jakbym znów ją stracił. Wyciągnąłem papierosa, który chyba najmocniej przypomniał mi o Lo. Coś czego nienawidziłem, przeobraziłem w codzienność, w słabość – tak, jak z Lolitą. Najpierw jej nienawidziłem, potem znów zacząłem spędzać z nią czas, a nim się obejrzałem nie mogłem bez niej żyć.
Co za chore gówno.
Podniosłem głowę, podpalając papierosa. Przede mną roztaczał się naprawdę piękny widok. Klinika otoczona obecnie gołymi drzewami przykrytymi śniegiem. Poza nimi białe pole i w odległości kilometra znowu las, tym razem gęsty, sosnowy. Chciałbym odwiedzać tak urocze miejsca w innych okolicznościach.
Wszyscy poeci wszechczasów głosili, że należy zaakceptować przemijanie, by poczuć szczęście. Nie chciałem być dekadentem, a jednak się stało. Moją nirwaną była kobieta, cóż za żałość!

lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania
przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania
zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,
gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.*

Pomimo oczywistej rozpaczy byłem jednak święcie przekonany, że koniec był już blisko i że jeszcze będzie dobrze. Miałem tak naprawdę resztę życia, żeby nacieszyć się różowowłosą. Obydwoje potrzebowaliśmy odrobiny czasu: ona na stworzenie sobie prawdziwego obrazu świata i siebie, a ja na ułożenie swojego życia tak, żeby było jej w jakimś minimalnym stopniu przydatne i na rękę.
Rzuciłem na bielutki puch peta, brukając go nie tyle szkarłatem, co otchłanią czerni moknącego niedopałka. Iście poetycki widok. Odwróciłem się w stronę samochodu, ciągnąc za klamkę. Zamek puścił. W tym momencie usłyszałem to.

Lubię to - i tę chwilę lubię, gdy koło mnie
wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.*

Ja również mogłem mieć omamy słuchowe. Choć było to niemożliwe, gdzieś w głębi mojego serca rozbłysła mała iskierka nadziei. Dlaczego niby to nie mogłaby być Sakura? Bo Haruno nigdy się nie cofała. Przynajmniej nie, jeżeli chodziło o nią. Bo choć się pogubiła, wiedziała, że robi dla siebie dobrze. Spojrzałem uważnie w stronę drzwi, które przed krótką chwilą trzasnęły z hukiem, zwracając moją uwagę i zaburzając harmonię krajobrazu. Rzeczywiście, to nie była Lolita.
To był Morino.
Wywróciłem oczami. Pewnie się od razu dostrzegł, że coś jest nie tak. Był ubrany w błękitne dżinsy, trapery i czarną koszulę. Poza tym miał na sobie jedynie równie biały co śnieg kitel, który co i rusz powiewał na przeszywająco mroźnym wietrze. Domyśliłem się, że tempo jego zbliżania się do mnie oraz mina świadczyły o skierowanych w moją stronę pretensjach. Był niczym wściekły czerwony bolid Formuły1 – nie do zatrzymania.
Sasuke! – zawołał ostrzegawczo. Nie mogłem się powstrzymać i wywróciłem oczami. Zupełnie jakbym miał do czynienia z własnymi rodzicami. Znowu zrobiłem coś źle, najwyraźniej.
Oparłem się o maskę samochodu, wkładając ręce w kieszenie. Żałowałem, że nie mam czapki, a obserwując rozpędzonego Morino miałem wrażenie, że zrobiło się jeszcze zimniej. Mógłbym naciągnąć kaptur z liskiem na głowę, jednak stojąc w takim miejscu, miałem stuprocentową gwarancję na to, że wiatr zwieje go przy następnej fali powietrza. Tak źle, tak niedobrze, wredne życie.
Morino – odparłem z pełną powagą. Stanął na wprost w pełnej okazałości i zmierzył mnie tak groźnym spojrzeniem, że zacząłem się martwić o Sakurę. Mogło się coś stać. Nie dałem jednak nic po sobie poznać i skoncentrowałem się na jego donośnym dyszeniu. Bardzo przypomniał mi byka.
Powiedz mi proszę, na jakiej zasadzie przestałeś się stosować do moich poleceń? – zapytał spokojnie, lecz w tonie tego pytania usłyszałem zniecierpliwienie.
O co panu chodzi?
W którym dokładnie momencie nie zrozumiałeś zdania Sakura musi brać leki regularnie? – uściślił. Włożył, tak jak ja, ręce w kieszenie.
Ona nie chce ich brać – warknąłem.
Ona nie ma tu nic do gadania – odpowiedział chłodno, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zmarszczyłem brwi.
To jej życie – broniłem mimo wszystko decyzji zielonookiej w dalszym ciągu, mimo tego, że kłóciło się to z moim zdaniem w tej sprawie. Choć... tylko po części.
To nie jest życie, to kłamstwo, obłuda... i ty to wiesz – prześwietlił mnie wzrokiem. – Co ty sobie myślisz, że ona tak zawsze będzie szczęśliwa i spokojna? Wystarczy byle gówno i znowu zacznie gadać do ściany. Tak to jest z tymi wariatami, że nie żyją. Jedynie egzystują we własnych iluzjach i złudzeniach.
Nie mogłem patrzeć na nią – powiedziałem zdecydowanym tonem.
Nie kochasz jej.
Moje spojrzenie stało się ostre i nieustępliwe. Przyjął to równie hardo, najwyraźniej pewien swoich racji. Ibiki mnie nie znał, nie widział o mnie zupełnie nic. Jeżeli dla niego wyznacznikiem miłości było oddanie obiektu uczuć tam, gdzie z oczu ulatniał się cały blask, a myśli zastępowały rzeczywistość, to nawet nie chciało mi się z nim na ten temat dyskutować.
Nie skomentowałem tego. Wpatrywałem się w jego czarne oczy w nadziei, że być może znajdę w nich jakiekolwiek potwierdzenie moich obaw i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Choć pozwoliłem jej wejść do środka, zdałem sobie sprawę z tego, że wcale nie uważałem tego za najlepsze rozwiązanie, a wręcz przeciwnie – za koniec nadziei na lepsze jutro dla Lo.
Czas mijał nieubłaganie. Sakurę pewnie już przebrali w tę dziwną białą piżamkę, w której zobaczyłem ją po raz pierwszy przed trzema tygodniami. Chciałem wierzyć w to, że była pewna słuszności swojej decyzji.
Nic nie powiesz? – zapytał zaczepnie Morino.
Masz tam chyba dość pacjentów – fuknąłem tak nieprzyjemnie, że aż mi się zrobiło ciepło na duszy. Dobrze było być sobą od czasu do czasu.
Nie traktuję cię jak pacjenta – powiedział na swoją obronę. Wywróciłem oczami.
Ta – mruknąłem.
Naprawdę uważam, że twoje uczucie nie jest szczere. Nie przysłużysz się jej niczym dobrym. Jest od ciebie uzależniona i nie powinna przebywać w towarzystwie kogoś o twoim usposobieniu – wygłosił bez cienia skrępowania. Zrobiło się poważnie.
Myślisz, że jestem niebezpieczny? – uśmiechnąłem się przebiegle. Mogłem się trochę pobawić, a co?
Dla niej owszem – pokiwał głową dla potwierdzenia swoich słów. – Ona jest podręcznikowym borderline. Osoby z tym typem osobowości... – urwał na chwilę, mierząc mnie oceniającym spojrzeniem od stóp do głów. – Przepraszam cię bardzo, masz papierosa?
Skąd taki wniosek? – uśmiechnąłem się szerzej. Coraz bardziej podobała mi się ta rozmowa.
Śmierdzisz jak ruska popielniczka i droga woda kolońska tego nie zamaskuje – zażartował. Wyjąłem paczkę papierosów i poczęstowałem go jednym. Wyciągnął własną zapalniczkę i go podpalił. Obserwowałem jego poczynania z ciekawością.
Co z tą osobowością?
A – poruszył brwiami w śmieszny sposób. – To dość charakterystyczne, że wybrała akurat ciebie.
To znaczy?
Nie ukryjesz tego, że jesteś specyficzny. Raczej nie jest z ciebie kanapowy grubasek. Moim zdaniem, nie potrafisz okazywać uczuć w inny sposób niż manipulując nią. Utrzymujesz ją stale w poczuciu winy i albo jest w twojej łasce, więc jest kochana, albo robi błąd, a wtedy bój się Boga – wyjaśnił spokojnym tonem, a we mnie aż zawrzało. Pozostałem na zewnątrz opanowany, bo jego osąd nie musiał być prawdziwy.
Rozumiem, że to twoja opinia? – zapytałem zupełnie pewny swego.
Oparta na wywiadzie z Sakurą – skinął głową. – Robisz jej krzywdę.
Yhm – zachichotałem. Morino stał się poważny jak nigdy dotąd. Znowu powiał wiatr, targając moimi włosami i kitlem psychiatry w szaleńczym zrywie.
Śmieszy cię to? – jego ton wskazywał na to, że nie wierzył mi. Pewnie zburzyłem tym chichotem kolejną złowieszczą teorię na mój temat.
Trochę – przyznałem bez bicia. – Borderline, tak? – odwróciłem się na pięcie. – Mówiłeś, że psychoza – zanuciłem, patrząc w stronę ośrodka. Łudziłem się, że może w którymś z okien ujrzę przez przypadek moją nimfę błotną.
Bo głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że nie – westchnął. – Nie była to psychoza, a epizod psychotyczny. Nie wiem, co go spowodowało, zwykle dla borderline jest to czynnik stresowy.
Osobowość z pogranicza? – zapytałem, wytężając mój umysł i pamięć, którą zdarzyło mi się przed czterech laty katować tymi wszystkimi terminami tylko po to, by dopasować którykolwiek z nich do Sakury. O tym również czytałem.
No proszę – teraz to Ibiki pozwolił sobie na śmiech. – Coś jednak rozumiesz z mojego bełkotu.
Coś...
Haruno Sakura – zaczął rzeczowym tonem. Zabrzmiało to tak, jakby szykował się do wygłoszenia po raz kolejny referatu z jakiejś bardzo oczywistej rzeczy. – Niestabilna emocjonalnie, niby poukładana w działaniach i sposobie myślenia, ale chaotyczna i zdezorientowana w przeżywaniu emocji, niegdyś zaburzony obraz samego siebie i w konsekwencji anoreksja, silne uczucie odrzucenia przez najbliższe otoczenie, a szczególnie przez ciebie, samookaleczenia oraz nadużywanie substancji psychoaktywnych.
Nieźle – spojrzałem na niego kątem oka. Był opanowany do granic ludzkich możliwości, zdecydowanie przewyższał w tym mnie, co na ogół mi się nie zdarzało.
Haruno spełnia praktycznie wszystkie kryteria do klasyfikacji – wyjaśnił. – Taką ma osobowość. Ona nie kocha tak po prostu. Wyidealizowała sobie twój obraz i gdy ciebie zabrakło pojawił się epizod psychotyczny. Widziała swoją idealną wizję ciebie, rozmawiała z nią i czuła jej dotyk.
Co w tym złego? – spytałem, ryzykując spojrzeniem się na mnie jak na świra. I miałem rację: doktor zmierzył mnie wzrokiem pełnym powątpiewania w moje zdrowie psychiczne.
Ludzie tak nie robią.
To mają problem – pomyślałem rozbawiony. Nagle, z zupełnie nieznanych mi przyczyn problemy psychiczne Sakury wydały mi się śmieszne. Po co to wszystko? Dlaczego? Chciałem z nią być, a ona ze mną. Tylko się o nią martwiłem, ponieważ w pewnym momencie jej jazdy zaczęły mnie przerażać.
Co powoduje wykształcenie się takiej osobowości, zakładając, że z tym się dzieci nie rodzą? – byłem ciekaw, czy to naprawdę przeze mnie to wszystko, tak jak próbował mi to wmówić Morino, Ikuo, Itachi, Naruto a nawet sama Sakura.
Osobowość kształtuje się już we wczesnym dzieciństwie. Nie ma jednej popartej badaniami przyczyny. Psycholodzy i psychiatrzy zaznaczają jednak wpływ traumy z dzieciństwa na postrzeganie siebie i rzeczywistości.
Traumy?
Na przykład gwałt, albo przemoc – uogólnił. – W przypadku Haruno podejrzewam to drugie, plus bardzo poważne zaburzenia więzi z matką, która przez wiele lat stosowała przemoc. Śmiem twierdzić, że ona również ma ten sam typ osobowości... na pewno nie jest zdrowa.
Borderline jest teraz w modzie – przyznałem.
Ktoś, komu zależy na pracy zawsze poprawnie zdiagnozuje przypadek – uciął. Nastała chwila ciszy. Znowu miałem rację, że nie byłem do końca wszystkiemu winien.
Jak to się leczy?
Nie leczy, tylko prostuje. Psychoterapią – odparł, przydeptując peta. On także stworzył na śniegu swego rodzaju artystycznego czarnego kleksa. – Nie będę ci tłumaczyć zasad...
Nie interesuje mnie to – przyznałem. – Ma być efekt.
No właśnie... – odniosłem wrażenie, że burknął. – Gdybyś nie pozwolił jej przerwać farmakoterapii, miałbyś efekt, którego oczekujesz, czyli poprawę.
Nie rozumiem, co to ma do rzeczy – syknąłem. – Kiedy bierze się lek powinien zadziałać od razu.
Z antydepresantami jest tak, że dzielą się na dwie grupy. Starszy i nowszy typ. Haruno dostała nowszy, ponieważ jest bezpieczniejszy, ma mniej skutków ubocznych. Każdy lek oczywiście ma wady. W tym przypadku jest to wydłużony czas oczekiwania na pozytywny efekt. Przez pierwsze dni może nastąpić spadek nastroju, wrażliwości na bodźce zewnętrzne, co oznacza ogólne otępienie. Natomiast przy regularnym stosowaniu po około dwóch tygodniach powinna nastąpić poprawa, a w późniejszej terapii być może zupełne odstawienie. Jeżeli efekt się nie pojawi, należy zmienić lek – wyjaśnił, a jego oczy coraz bardziej patrzyły na mnie jak na dziecko, które jeszcze niewiele rozumiało z tego, co się wokół niego działo.
Czyli mam rozumieć, że to moja wina? – zapytałem pełen złości.
Tak – odpowiedział z triumfalnym uśmieszkiem. Chciałem go zetrzeć. Pięścią.
Miło mi poinformować pana – otworzyłem drzwi do samochodu – że to była decyzja Sakury. Ja jej jedynie nie skontrolowałem, ponieważ ufam Sakurze. Nikt mnie nie uprzedził, że nie powinienem. Także to już pana głowa – postawiłem wewnątrz jedną stopę – żeby nadgonić zaległości w psychoterapii i sobie z nią poważnie porozmawiać – usiadłem na fotelu. Ibiki stał z wrogą miną. Chyba nadepnąłem n a czuły punkt. – Żegnam, szanowny doktorze – uśmiechnąłem się łobuzersko.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zapalając silnik. Zapiąłem pas i odjechałem spod kliniki, nieco ślizgając się na oblodzonym śniegu. Zostawiłem za sobą Sakurę, dom wariatów ze świrem na czele, cały żal i smutek. Wyrwie się z tego sama. Haruno zawsze była silna, choć nigdy nie dawała tego po sobie poznać. Miała tylko kryzysy, lecz udowodniła, że jest w stanie z nich wyjść. Stąd wniosek, że poradzi sobie w pojedynkę. Moja kobieta nie powinna potrzebować kogokolwiek... poza mną, sporadycznie.
*
W końcu dzień, który zaczął się dla mnie bardzo smutno dobiegał końca. Noc była mroźna, ciemna, ale wesoła, jak na zimę. Pomimo później pory na ulicach było pełno pijanych ludzi. Lodowe powiewy oraz ich krzyki i piski nie przeszkadzały mi stać na balkonie ze szlugiem i obserwować ich w samych dresach i skarpetkach. Prawdę mówiąc, chciałem się przeziębić tylko po to, by nie pracować. W dodatku perspektywa spotkania się z kolegami z zespołu i innymi z branży, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z moich uczuć do Haruno oraz jej położenia i pozycji w społeczeństwie sprawiała, że odechciewało mi się czegokolwiek.
Nasłuchałem się od Morino. Podobno byłem przemocowcem. Ciekawa perspektywa, z której do tej pory nie było mi dane patrzeć. Może dlatego, że była to nieprawda. Oczywiście, w niektórych kwestiach Ibiki miał rację – nie lubiłem tracić kontroli nad Sakurą, lecz jej szaleństwo dawało mi satysfakcję i od pewnego czasu fascynowało mnie. Reprezentowało to, co czasami działo się w moim wnętrzu. Chaos, którym gardziłem, stał się moją słabością. Bo miałem słabość do różowowłosej.
Podobnie, jak nie lubiłem tracić kontroli ogólnie nad czymkolwiek, trochę nią manipulowałem. Oczekiwałem konkretnych reakcji i zachowań. Nie robiłem tego jednak po to, żeby zrobić jej krzywdę – zabiłbym kogoś, gdyby spróbował ją tknąć. To była tylko zabawa. Lecz jak w ustach kogoś z moją aparycją, charakterem, pozycją i w moim wieku brzmiało hasło zabawa?
Wróciłem do środka. Nie miałem ochoty dłużej wystawiać się na zimno, choć od rozmowy z Morino praktycznie nie zwracałem uwagi na to, co się wokół mnie dzieje. Usiadłem na kanapie i przez chwilę patrzyłem się na zgaszony telewizor. Byłem sam, otaczała mnie biel oświetlona ciepłym światłem lampy przy telewizorze. Co robiłem nie tak?
Niespodziewanie przypomniałem sobie o czymś. Była noc sylwestrowa. Otrzymaliśmy propozycję od jednej ze stacji telewizyjnych, żeby zagrać na ich koncercie noworocznym. Chłopcy byli za. Ale nie zagrali. Przeze mnie. Odmówiłem w ostatniej chwili. Bo miałem głupi nadzieję na to, że ona będzie dzisiaj ze mną, że może będzie nieodpowiedzialna i zrezygnuje z powrotu do kliniki.
Oparłem głowę o zagłówek, zamykając oczy. Chciałem już skończyć ten dzień. Głowienie się nad tym, co zrobiłem przez całe życie nie tak, było straszne. No bo ile rzeczy można było zepsuć? A czas mijał nieubłaganie, dni zlewały się w jedno... ja wciąż w miejscu, rozpamiętując przeszłość i każdą pierdołę. W czym ja niby byłem lepszy od Sakury? Ona stale brnęła do przodu, rozwijała się, czasem upadała, ale przynajmniej gdzieś indziej, a nie jak ja – cały czas w tym samym gównie, zawsze tak samo pojebany i kurwa z problemem, którego nie było. Albo i był. Gdzieś we mnie samym i dlatego zawsze pojawiał się wtedy kiedy...
Zadzwonił domofon.
Otworzyłem oczy, nie wierząc własnym uszom. Pomimo mojego zaskoczenia, domofon nie ustępował. Nie spodziewałem się wizyty. Wstałem i powoli przeszedłem krótką drogę z pokoju do przedpokoju.
Drrrrr...
Drrrrr...
Drrrrr...
Stanąłem przy domofonie, przyglądając się mu przez chwilę. Przekrzywiłem głowę, upewniając samego siebie w tym, że w tym niespodziewanym, napastliwym dźwięku jest wszystko w porządku. Albo inaczej – że to ze mną jest wszystko w porządku. Podniosłem słuchawkę i przyłożyłem sobie ją do ucha.
Halo? – zapytałem chłodno.
No nareszcie – usłyszałem Naruto. Wywróciłem oczami. No kto inny jak nie on?Obudziłem cię, śpioszku? – zapytał przesłodzonym głosem.
Nie – odparłem. – Po prostu zastanawiałem się, jaki debil mógłby mnie nawiedzać o takiej porze.
Skoro mowa o porze, to może mnie łaskawie wpuścisz, ślamazaro – niecierpliwił się. Uśmiechnąłem się delikatnie. Wcisnąłem guzik otwierania drzwi na dole i odłożyłem słuchawkę.
Zachodziłem w głowę, czegóż, poza oczywistym uprzykrzeniem mi życia, mógł ode mnie chcieć Uzumaki. Z góry zakładałem, że taką noc wolałby spędzić w klubie lub na innej domówce u swoich znajomych ze studiów i stąd wynikało moje zaskoczenie. Usłyszałem jego kroki na schodach. Donośne, niezdarne i jakby namnożone. Wierzyć mi się nie chciało, że wziął ze sobą towarzystwo. Co za idiota.
Saaaaasuuuuś – zanucił, zatrzymując się tuż pod drzwiami. Zaczął przy tym molestować seksualnie dzwonek.
Bzzz...
Bzzz...
Bzzzzzzzzzz...
Miałem wrażenie, że głowa mi odpadnie.
Otworzyłem mu, zanim moje uczucia się urzeczywistniły. Uzumaki opierał się nonszalancko o ścianę i zasłaniał mi widok na schody. Ubrany był w puchową pomarańczową kurtkę, czarne dresy i adidasy. Na głowę miał wciśniętą czerwoną czapkę, która nachodziła mu aż na brwi. Wyglądał tak, jakby mu się pomyliły pory roku. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko – jak to on – i poruszał brwiami to w górę, to w dół. Chciałem zobaczyć, kogo przede mną ukrywa, więc w tym celu wyszedłem na korytarz. Nim kogokolwiek dostrzegłem, niebieskooki zatrzymał mnie stanowczym przyłożeniem dłoni do mojego czoła. Wepchnął mnie do środka, wpraszając się bez zaproszenia.
Kochanie – zawołał, siłując się ze mną aż do przedpokoju.
Puszczaj – warknąłem, próbując mu się wywinąć. Co za uparta żmija! – Ocipiałeś?
Jak ty się do mnie odzywasz? – oburzył się. – Sam sobie popsujesz niespodziankę. Wcale nie umiesz się bawić!
Bo jestem dorosły – w końcu się wyrwałem. Odskoczyłem od razu od niego i znalazłem się w salonie. – Jaką niespodziankę?
Ale ty śmierdzisz fajami – zatkał sobie nos. – Nie myślałem, że kiedyś to do ciebie powiem – zaśmiał się równocześnie.
Naruto... – spojrzałem na niego spod byka. – Po co przylazłeś?
No jak to po co? – zaczął się rozbierać. – Myślałeś, że jak odrzucisz wszystkie zaproszenia na imprezy to się mnie pozbędziesz? Chyba mnie słabo znasz! – pokręcił zawiedziony głową, rzucając ciuchy i brudne buty byle gdzie. Bałem się pomyśleć, w jakim stanie znajdowało się jego mieszkanie. – Nie przegapiłbym okazji do tego, żeby spędzić z tobą sylwestra sam na sam, szczególnie, że wszyscy wiedzą, że masz doła.
Chyba nie tak do końca sam na sam – rzuciłem sugestywne spojrzenie w stronę wciąż otwartych na oścież drzwi.
Nie wiem o co ci chodzi – roześmiał się gromko, łapiąc mnie za ramiona. Zostałem zmuszony do zajęcia miejsca na brzegu kanapy. – Poczekaj tu sekundkę...
I co to znaczy, że wszyscy wiedzą – zmarszczyłem groźnie brwi.
A to akurat oczywiste – wywrócił oczami, znikając w przedpokoju. Zacząłem nasłuchiwać.
Usłyszałem czyjeś nieśmiałe kroki i jego szaleńczy chichot. Poczułem się bardzo niepewnie. Bóg jeden wiedział, kogo mógł ze sobą przywlec taki zdziecinniały kretyn jak on. Z drugiej strony było mi wszystko jedno, ponieważ szybko doszedłem do wniosku, że tak jak tydzień z Lo, tak i ten wieczór przeminie i już nigdy nie nie powtórzy. Nawet nie zauważyłem, jak opuściłem się do tyłu i położyłem się na sofie. Zamknąłem oczy, jeszcze na chwilę pogrążając się we własnych myślach. Jeżeli chciałem przeżyć ten wieczór normalnie, musiałem oczyścić umysł z natrętnych wizji podnieconych słowami doktora Morino.
Niespodziewanie moją uwagę zwróciło strzyknięcie kolan tuż przy mojej głowie. Na policzku poczułem ciepły oddech i choć miałem zamknięte oczy, dostrzegłem, że zrobiło się ciemniej. Uniosłem powoli powieki, zwracając twarz w stronę pochylającego się nade mną cienia.
Sasuke – zachichotała. Pokręciłem głową.
Ty nie jesteś prawdziwa – szepnąłem. Dostrzegłem sterczącego nad nami Naruto. – Co ty knujesz? – zwróciłem się do przyjaciela.
Oczywiście, że jest – roześmiał się. – Ale ci się miesza w głowie, Sasuś!
Zwróciłem spojrzenie raz jeszcze w stronę zjawy, łudząco podobnej do Haruno, którą niezmiernie rozbawiła odpowiedź blondyna. Odwróciłem się do niej plecami i skuliłem na łóżku. Ktoś na górze musiał mieć ze mnie niezłą bekę, a ja chciałem tylko, żeby ona była obok.
No co ty! – Naruto przykrył mnie swoim ciałem. Był tak ciężki, że szybko zabrakło mi tchu. Nawet z nim nie walczyłem. Być może był to jedyny możliwy sposób na spokój. – Czego się obrażasz? Co ty sobie myślisz? Nie możesz się tak dupą odwracać do jedynej kobiety w swoim życiu!
Naruto – wykrztusiłem. – Jej tam nie ma – mój głos był spokojny i opanowany. – Sam osobiście ją dzisiaj odwiozłem do kliniki i oddałem w łapy temu pożal się Boże doktorowi, któremu się wydaje, że wszystkie rozumy pozjadał.
No i co? – żachnął się. – Ty ją odwiozłeś, ja ją przywiozłem, wielkie mi halo.
Spojrzałem na niego niezrozumiale. Co on gadał? Przecież to było niemożliwe, zarówno z technicznego, jak i logicznego punktu widzenia.
Przecież ty nie masz prawka.
Wziąłem taksę, co ty sobie myślisz – Naruto był coraz bardziej zirytowany moją postawą. – Sakurcia do mnie zadzwoniła, że się ugadała i że mam po nią w tej chwili przyjechać. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc przyjechałem. Zaliczyliśmy monopolowy i Tesco i przyjechaliśmy do ciebie zrobić najlepszą bibę stulecia, a ty masz jakiś problem! – wywalił oczami, siadając na mnie okrakiem.
Naruto, fajnie, że robisz sobie ze mnie żarty, bo wiem, że lubisz i poprawia ci to humor, ale ja ci serio nie wierzę – powiedziałem, patrząc na niego otwarcie, pogodzony z losem.
No to ciekawe, kto się dorwał do twoich fajek i smrodzi ci w mieszkaniu – udał, że się zastanawia, patrząc w stronę ponownie otwartego balkonu. Zwaliłem go z siebie brutalnie i również spojrzałem się w tamtym kierunku.
No elo – Sakura uśmiechnęła się do mnie słodko, siedząc po turecku tuż przy balkonie. W dłoni trzymała papierosa. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom, wgapiałem się w nią jak w obrazek.
Wiecie, że to jest tak nieprawdopodobne i nielogiczne, że nie ma bata, żebym wam uwierzył? – zapytałem, również się uśmiechając. Upadłem z powrotem na plecy i skupiłem wzrok na suficie. – Nie wierzę... – wyszeptałem.
To lepiej uwierz, bo do północy już nie dużo, a my nawet nie jesteśmy wstawieni – zarechotał Naruto, znikając w przedpokoju. Po chwili wrócił z siatką wypełnioną winem. Naliczyłem pięć butelek.
A to nie jest przypadkiem tak, że ty nie powinnaś pić alkoholu przy lekach? Bo się naćpasz? – zwróciłem się do zielonookiej.
Oczywiście, że tak – zaśmiała się. Jaki to piękny dźwięk... – Dam sobie radę, wszystko jest pod kontrolą.
Powiem wam, że mam jeszcze jedną niespodziankę – zanucił Uzumaki, włączając telewizor. Trafił akurat na transmisję koncertu, na którym mieliśmy grać. – Zamówiłem żarcie!
*
Posiadówka, choć od zawsze bardziej w moim stylu, niż imprezy masowe jeszcze nigdy nie sprawiła mi takiej przyjemności jak dzisiejsza. Zupełnie nie spodziewałem się takiego zakończenia tego jakże okropnego dnia. Nie siedziałem już sam na kanapie, bo po mojej prawej był Naruto, a po lewej Sakura. Cały mój świat po raz pierwszy od dawna otaczał mnie i absorbował całym sobą.
Telewizor buczał na cały regulator, więc w tle leciała przyjemna muzyka i szum śpiewających ludzi. Uzumaki dopiero co otworzył drugą butelkę wina – minęła zaledwie godzina. Po naszych twarzach błądziły już pijackie uśmiechy, a tu jeszcze pół nocy. Zegarek w moim telefonie, który leżał przede mną wskazywał prawie północ.
Co za debil to pakował? – wybełkotał blondyn, siłując się z korkiem. Sakura rzuciła mu rozbrajające spojrzenie znad tacki z makaronem i wołowiną. Chińczyk zawsze na propsie.
Ty po prostu nie umiesz tego odpakować – zaśmiała się szczerze, zasłaniając buzię pałeczkami.
Chcąc mu pomóc, wstałem, wyrwałem mu butelkę i usiadłem z nią z powrotem, zakleszczając wokół niej uda. Pociągnąłem mocno za korkociąg, a korek wystrzelił gładko. Lubiłem ten dźwięk. Podałem różowowłosej butelkę, żeby mogła popić jedzenie, za co wzięła się ochoczo.
Spojrzałem na nią, kładąc na stoliku przed nami korkociąg. Miała lekko zaróżowione od alkoholu policzki, w dodatku wypełnione mięsem, makaronem, cebulą i porem. Różowy chomik ludzkich rozmiarów pałaszował ze smakiem to tłuste jedzenie już po raz trzeci. Rozjerzałem się, ponieważ wokół kanapy i stolika leżało już pełno kubełków z KFC, pudełek po chińczyku, a w kuchni – o jeżeli dobrze policzyłem – czekało jeszcze dziesięć tacek pierogów. Żyć, a raczej żreć, nie umierać.
Ale się najadłam – powiedziała zadowolonym tonem, głaszcząc się po brzuszku. Podała butelkę Naruto, a ten czule się nią zaopiekował, obejmując czerwonymi wargami szyjkę i zasysając.
Mam pytanie – zwróciłem się do niebieskookiego, gdy usiadł obok mnie. – Zamierzasz kiedyś stąd iść?
Już mnie wyganiasz? – oburzył się. – To takie typowe dla ciebie. Najesz się, napijesz za darmo, a potem wywalisz na zbity pysk przed północą.
Nie wyganiam cię, tylko pytam, czy zostaniesz na noc – wywróciłem oczami.
O ile dobrze pamiętam – wtrąciła Haruno – to wcale mu tego nie zaproponowałeś.
Cicho siedź, lilipucie – burknąłem, zasłaniając jej widok na Uzumaki’ego własnymi plecami. Niemal natychmiast zaczęła w nie walić piąstkami, zupełnie jak do mieszkania, do którego nie chciano by jej wpuścić. Pozostawałem nieustępliwy.
Czemu pytasz? – zastanowił się blondyn. Westchnąłem przeciągle.
Po prostu nie chcę spać z waszą dwójką w jednym łóżku – odpowiedziałem bez owijania w bawełnę.
No to my sobie pójdziemy, co nie Naruto? – znowu wcięła się zielonooka, zawieszając się na moich plecach.
Ty zostajesz – powiedziałem tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie będziesz mi…
Oczywiście, że będę – uciąłem, zanim zaczęła mi zakazywać nakazywania i rozkazywania jej czegokolwiek. OCZYWIŚCIE, ŻE BĘDĘ, BO MOGĘ, BO TAK. – Zaraz północ – spojrzałem uważnie na podpitego przyjaciela.
A było tak miło – westchnął krótko, przymykając oczy.
Przecież ja cię nie wyganiam – wywróciłem oczami, rzucając okiem na telewizor. Na scenie właśnie pojawił się zespół, którego namiętnie słuchaliśmy całą trójką w liceum. Robił nam każde wakacje.
Popatrz jak wszystko szybko się zmienia
Coś jest, a później tego nie ma
Człowiek jest tylko sumą oddechów
Więc nie mów mi, że jest jakiś sposób
Chciałbym coś wiedzieć teraz na pewno
To moja udręka, to jej sedno
Wiem tylko, że wszystko się zmienia
Coś jest, a później tego nie ma**
Ja wiem – przetarł twarz dłońmi. Wziąłem oparte o jego brzuch wino i upiłem łyka. Było naprawdę dobre i szybko wchodziło. – Tylko mi smutno, bo kiedyś razem sypialiśmy, a teraz Sakurcia jest twoją kobietą i ja doskonale wiem, że chcesz ją bałamucić na tej kanapie, więc siłą rzeczy ci przeszkadzam, bo chcesz ją mieć tylko dla siebie.
Nie wykluczone – przyznałem. Gdzieś z tyłu mojej głowy wiedziałem, że jeżeli tej nocy zostanę z zielonooką sam na sam, nie przepuszczę okazji, tak jak to robiłem przez ostatni tydzień. Naruto oparł głowę na moim obojczyku i spojrzał na mnie otwarcie tymi swoimi błękitnymi oczami.
Ja to bym tylko chciał, żeby choć raz było jak dawniej – zatrzepotał rzęsami, błagając mnie spojrzeniem o zmianę zdania.
Mam swoją niunię i otwieram wino z nią,
robię co umiem, mam co lubię – mam miłość z nią.
I wiesz, nawet jeśli jutro wszystko zniknie,
OK, spoko, może szybko przyjdzie.
Chciałbym naciskać „play” i „stop” jak w boom-boxach,
jak coś się dobrze klei to chcę tu zostać, wiem.**
No dobra zostań – mruknąłem na odczepne.
*
Wbrew zapowiedziom, Naruto zmył się koło trzeciej, kiedy wino się skończyło, a on sam poczuł się senny. Całe szczęście mieszkał niedaleko i udało nam się zamówić taksówkę. Przy odprowadzaniu go na dół, co chwilę rzucał mi znaczące spojrzenia. Gdy otworzyłem mu drzwi od taksówki, nie musiał nawet nic mówić. Miałem nie zrobić Sakurze krzywdy. Zupełnie, jakbym chciał jej nieszczęścia. Wsadziłem go do samochodu, zapłaciłem taksówkarzowi i wróciłem na górę.
Wspomnienie tej nocy prawdopodobnie prześladować mnie będzie jeszcze przez bardzo długi czas, a przynajmniej do końca mych dni. Gdybym mógł wybierać, umarłbym z nim przed oczyma, a powodem mojej śmierci byłaby jedynie miłość, którą przepełniało spojrzenie duszy towarzyszącej mi przez ostatnie dwanaście godzin. Zgon na skutek niekończącego się uczucia, powodującego we mnie i w mojej towarzyszce stan nieogarniętej ludzkim rozumem euforii byłby idealnym ucieleśnieniem mojej jakże beznadziejnej i żałosnej egzystencji.
Obróciła się na drugi bok, a światło jutrzenki odbiło się na mlecznobiałej skórze. Przyglądałem się migoczącym odblaskom tańczącym radosne podskoki na jej miękkich plecach. Ich faktura zastanawiała mnie od zawsze, choć miałem wrażenie, że tak naprawdę zobaczyłam ją dopiero tego ranka. Obserwowałem jak zaczarowany każdy maleńki por, zmarszczkę wielkości pchły. Dotknąłem opuszkiem jednej z nich, a okalające ją cienkie włoski zjeżyły się podrażnione delikatną pieszczotą. Uśmiechnąłem się i zachęcony tym widokiem przyciągnąłem ją do siebie. Wstrzymała oddech, wyrwana ze snu. W egoistycznym odruchu skupiłem się nie na kojeniu jej zaburzonego marzenia, a na cieple, które biło od naszych połączonych w uścisku skór. Złapałem szczęście.
Co ty robisz? – wymruczała zupełnie niezadowolona. Położyłem policzek na jej włosach, zanurzając się tym samym w różowej łące kruchych źdźbeł.
Nie odpowiedziałem jej. Nie chciałem zagłuszać unoszącej się w okalającym nas powietrzu melodii głosu zielonookiej. Jeszcze przez krótką chwilę dane mi było delektować się obecnością tej kobiety u mojego boku. Potem wszystko przepadnie bezpowrotnie i żyć będzie jedynie w mojej wyobraźni, coraz bardziej wyblakłe, zupełnie niczym koszmar dzieciństwa nawiedzający umysł w najmniej odpowiednich momentach, nieznaczący zupełnie nic, ale zajmujący na dłuższą chwilę. Lecz czy ten ranek naprawdę kiedyś przestanie znaczyć dla mnie cokolwiek? Czy to możliwe, że zapomnę to ciepło, które trzymałem w uścisku?
Która jest godzina? – zapytała cicho, kładąc drobną dłoń na moim przedramieniu, utrzymującym jej szyję w jednej pozycji. W odpowiedzi zahaczyłem nosem o jej ucho, z całej siły wydmuchując powietrze. Zadrżała, wzburzona łaskotkami. – Przestań – szarpnęła się, jednak w bezpośrednim starciu z moimi mięśniami nie miała najmniejszych szans. Obróciłem się na plecy, kładąc ją sobie na klatce piersiowej. – Co ty wyprawiasz? – warknęła poirytowana. – Nie jestem twoją zabawką. Chcesz szmacianą lalkę to idź do sklepu i wybierz sobie którąś.
Już wybrałem – zakołysałem się lekko. Jej ciało ponownie dopasowało się do mojego bez problemu dla zachowania równowagi. – Sakura, wybieram cię – wyszeptałem jej do ucha.
Jaki ty jesteś... – urwała, wciągając powietrze do płuc. Wygięła tułów zaskoczona.
Dokończ – zażądałem, wchodząc w nią głębiej. Oparła ciężar na swoich ramionach i pośladkach. Przesunąłem ręce w dół i zakleszczyłem palce wokół jej szczupłej talii.
Dziecinny – wypuściła oddech. Odwróciła twarz ku mojej, zupełnie nie zwracając uwagi na narzucone przeze mnie tempo. – Nie jestem twoim pokemonem.
Oczywiście, że nie – pocałowałem ją w czoło. – Twoje różowe włosy nie mają tu nic do rzeczy.
No właśnie – wyciągnęła dłoń i położyła mi ją na głowie. Zanurkowała delikatnie palcami wśród poplątanych kruczych pasm, pociągnęła i choć w tym geście skryta była jakaś niecodzienna stanowczość, już dawno, zdawałoby się, w niej wymarła. – To tylko kamuflaż – szepnęła wprost do moich ust, przytykając je do swoich na dłuższą chwilę.
W miarę upływu czasu oddychała coraz krócej i szybciej. W końcu opuściła głowę, przerywając ten pocałunek. Oparła ją na moim ramieniu, mrużąc oczy. Przesunąłem dłonie na jej biodra. Zakleszyłem palce wokół dwóch wystających kości i zmusiłem ją, żeby się na chwilę zatrzymała. Zaskoczona otworzyła oczy, znowu się na mnie oglądając. Znowu nas obróciłem, przykrywając ją własnym ciałem. Choć Haruno nigdy nie osiągnęła zawrotnych wymiarów, uwięziona pomiędzy mną a materacem wydawała się jeszcze mniejsza niż dotychczas. Taka trochę większa lalka, można by rzec z porcelany.
Podniosłem się nieśpiesznie do klęczek, ciągnąc ją za sobą. Zielonooka oparła dłonie na prześcieradle, lecz nie podniosła reszty ciała. Klęczała taka uległa przede mną, a ja świrowałem na jej punkcie, jak na żadnej innej kobiety nigdy.
Żebym przez całe życie – pomyślałem, wchodząc w nią znowu – musiał się tak tułać, choć to marzenie, które goniłem miałem pod nosem.
Gdyby miała długie włosy, bez skrupułów złapałbym ją za nie i przyciągnął. Doskonale wiedziałem, że pozwoliłaby mi na to. Słyszałem jak było jej dobrze. To była prawdziwa muzyka dla moich uszu. Cudowna melodia oddechów, jęków i urywanych westchnień. Zamknąłem oczy, wsłuchując się w nią i powoli odpływając.
Sasuke-kun – podniosła głos. Otworzyłem oczy, wyrwany z niebytu, uśmiechając się.
Tego mi brakowało – mruknąłem, przyspieszając, choć nie wiedziałem, że jeszcze mogłem.
Ona, pomimo tego, że już odleciała, przeżywała dalej, a każdy mój ruch jedynie przedłużał wywołaną przeze mnie rozkosz. W końcu i ja do niej dołączyłem. Uczucie, którego dawno już nie czułem, pogrążony w samotności i otoczony murem zbudowanym na opryskliwości i wymownym milczeniu, powróciło jak bumerang ze zwiększoną parokrotnie siłą. Opuściłem głowę, zaciskając mocno oczy. Całą uwagę skupiłem na przeżywanych skurczach, zapominając o reszcie świata. W końcu odważyłem się unieść powieki, a pierwszym, co ujrzałem była dłoń Sakury na mojej, trzymającej jej biodro.
To boli – powiedziała spokojnie, łypiąc na mnie przez ramię. Puściłem je i klękając przed nią i oddychając z ulgą. Sakura podciągnęła nogi do siebie i złożyła się w kuleczkę, padając na lewy bok. Nadal zamroczony przyjemnością przyglądałem się czerwonym paskom na jej pupie.
Potrzebowałeś tego prawda? – zapytała, wlepiając we mnie te wielkie gały. W tym ufnym spojrzeniu zobaczyłem małą Haruno, z którą grałem w klasy i chowanego. Niegdyś nawet bym nie pomyślał, że będę z nią robić rzeczy, a jednak tak się stało.
Przepraszam – wydukałem, gdy w końcu do mnie dotarło, że sprawiłem jej ból.
Nie przejmuj się – podniosła się i usiadła przede mną po turecku. – Potrzebowałeś tego.
Nie zwracała uwagi na swoją nagość, w przeciwieństwie do ostatniego razu, kiedy uprawialiśmy seks. Jej pierwszego, więc nie było się czemu dziwić. Ta zmiana w zachowaniu zachwycała mnie. Po prostu sobie siedziała, jak gdyby to przed chwilą było ziarnkiem maku pośród wszystkich innych nasion świata.
Jak mógłbym... – wziąłem jej dłoń i przyłożyłem sobie do twarzy.
Mi się podobało – zaśmiała się radośnie, po raz kolejny sprawiając mi przyjemność. – Możemy tak częściej – zaproponowała, opierając swoje czoło o moje.
Możemy – odparłem zadowolony.
Codziennie? – zmieniła ton na bardziej nieśmiały.
Jeżeli sobie życzysz, nie musimy stąd wcale wychodzić – uśmiechnąłem się do niej, roztaczając w myślach wizję wspólnej przeszłości, po którą do tej pory obydwoje baliśmy się sięgnąć. – Będziemy się razem kąpać, jeść posiłki, a jeśli zabraknie nam jedzenia, zamówimy przez internet...
I kupimy sobie psa, zrobimy sobie dzieci i posadzimy drzewa przed naszym domem, na który zamienimy to mieszkanie – dokończyła, wywracając oczami.
No – zrobiłem z nią eskimoski szczęśliwy, że w końcu znalazłem kobietę, która rozumiała moje potrzeby. Sakura posmutniała, a ja poczułem się tak, jakbym zabił małego króliczka lub jednorożca. – Co się stało?
No bo wiesz, że to niemożliwe – przeczesała dłonią włosy.
Ej, oni ci nic nie zrobią – wyjaśniłem, przytulając ją. Rozpływała się w moich ramionach, jakby była z mchu, mgły i galarety, lecz ja starałem się ją utrzymać w tej samej pozycji. – Nie ma takiego przepisu, który by kazał ci tam być.
Oczywiście, że nie – schowała twarz pomiędzy moją szyją a obojczykiem. Miała zimny nos. – Chodziło mi o mnie.
Nie rozumiem.
To, że nie chcę się leczyć nie znaczy przecież, że wszystko jest ze mną w porządku.
No jasne. Każdy ma świra dzisiaj.
A ja największego – zaśmiała się. – Choć fakt, że wspierasz mnie w tym szaleństwie, czyni cię poważnym konkurentem dla mojej pseudopsychozy. Może zwariuję do końca, może nie, ale będziesz mieć w tym swój udział, tak czy siak.
Brzmisz, jakbyś już przegrała.
Bo trochę tak jest – uniosła głowę, a z każdym następnym słowem jej wargi ocierały się o moją szorstką szczękę. – Nie wiem, czy moje studia, które przerwałam, da się kontynuować.
Masz dziekankę.
Na rok, który zaraz się kończy. A potem? Nie wiem, czy nie będę potrzebowała zaświadczenia o poczytalności, w końcu chciałam zostać chirurgiem, praca z ludźmi, te sprawy... – odsunęła się, a ja bez cienia protestu puściłem ją. Obserwowałem uważnie, jak kładzie się przede mną, prezentując się od frontu. Moja piękna Lo. – Boję się, Sasuke – wyznała, zagrzebując się w mojej pościeli. Wyglądała bardzo rozkosznie i ponownie przypomniała mi małą dziewczynkę.
Nie masz czego – zapewniłem, kładąc się obok niej. – Jestem obok – dodałem, kiedy podzieliła się ze mną kołdrą. Dotknąłem jej policzka.
Chciałabym wiedzieć, czego mogę się spodziewać. Może wtedy bałabym się mniej tego, co będzie. Niestety, to niemożliwe. 

Przepraszam za długą nieobecność. Na pewien czas zupełnie straciłam wenę i pociąg do tej historii. Gdy odzyskałam obydwa, był koniec roku, a wiadomo jak to wygląda w drugiej klasie LO. No a potem osiemnastka… balanga na 6 dni xD
Mam nadzieję, że choć trochę wyrwałam się z banału, który miałam pierwotnie stworzyć 19. Że przypadnie Wam do gustu bardziej niż 18, którego mała popularność nieco mnie zmartwiła i przez to zniechęciła.
Dziękuję Kodomo – mam nadzieję, że ten tytuł nie będzie chujowy.
Dziękuję Eriko (Shana 4ever) – też czasem się łapię, że Sasuke jest słodki :3
Do zobaczenia przy 20… nie mam pojęcia, jak poradzę sobie z rozłąką z tym blogiem. Ja to raczej z tych sentymentalnych.

*- "Lubię kiedy kobieta" K. Przerwa-Tetmajer
** - "Otwieram wino" Sindey Polak ft. Pezet
Tytuł: "Euforia" Pawbeats ft. Quebonafide, Kasia Grzesiek

Cierpiąca Nanase