Music

poniedziałek, 31 grudnia 2018

21. Zapominam, co rani mnie.


Noc była ciemna, ale nie głucha. W powietrzu w dalszym ciągu roznosiły się echa młodzieńczych rozmów i śmiechu. Czułam się dziwnie, idąc pośród tych dzikich odgłosów. Zdawało mi się także, że w obliczu ogromnych drzew okalających alejkę, którą szłam, byłam jeszcze mniejsza. Wiatr zawiał, co dodało miejscu bardziej odpowiedniego dla pierwszych scen horroru charakteru. Być może był to środek puszczy, może po prostu dżungli. Mogłabym zginąć w każdym momencie. Gdyby tylko coś wyskoczyło zza mnie albo...

- Boisz się? - zapytałam idącego obok Sasuke. 

- Niby czego? - zdawał się być wyrwanym z jakiejś głębszej myśli. Tak przynajmniej podpowiadał mi jego rozbiegany wzrok. 

- No.. że nas coś zje - wyjaśniłam, starając się ukryć narastającą panikę. 

 - Że co proszę? - prychnął. - Daj sobie spokój. 

- Będziesz mnie wyśmiewać do końca życia? - zatrzymałam się, nie mogąc uwierzyć, że Uchiha zbagatelizował mój uzasadniony strach. 

On też się zatrzymał, odwrócił do mnie przodem i zmierzył od stóp do głów wzrokiem niemal tak zimnym jak wiatr, który właśnie zwiał mi kaptur. Nie wiedziałam czy zimno było mi bardziej dlatego, że on się tak na mnie patrzył, czy dlatego, że ten wiatr się zerwał i nie zamierzał się uspokoić. Staliśmy w ciszy, gapiliśmy się na siebie, a ja miałam wrażenie, że robiło się coraz zimniej, coraz ciemniej, a wokół naszej dwójki grasowało coraz więcej niebezpiecznych zwierząt. 

- Przejęłaś się tymi oświadczynami? - zapytał niespodziewanie, a ja rozszerzyłam oczy. 

Wszystko ucichło. 

- Co? - ja tu się martwiłam, żeby nas coś nie zjadło, a on myślał o tym, o czym nie chciałam? 

- To jest normalny park, normalna noc... nie ma się czego obawiać - zrobił krok w moją stronę, a ja spuściłam głowę, zdając sobie sprawę z tego, że znowu coś mi się stało. 

- No dobra, mam odpał - przyznałam, powracając na właściwą planetę. Wszystko nagle we mnie uderzyło. I oczywiście kto miał rację? - Po prostu to miejsce... 

- Okej, rozumiem - powiedział i wziął moją dłoń w swoją. - Chodź do domu. 

Ruszyliśmy. Nie sądziłam, że byliśmy tak blisko samochodu. Wsiadłam sobie do środka, natomiast Sasuke został na zewnątrz i rozmawiał z kimś przez telefon. 

Wewnątrz auta było tak samo zimno ja na zewnątrz. Nie potrafiłam powstrzymać dreszczy, które mną targały. Opatuliłam się kurtką szczelniej, starając się nie utracić ani krzty ciepła więcej. Patrzyłam wyczekująco na bruneta, jednak on odwrócony był do mnie plecami. Pełna niecierpliwości, westchnęłam. Poczułam, jak telefon wibruje mi w kieszeni. Skostniałymi palcami wyjęłam go i spojrzałam od niechcenia na ekran. 

Mam tego dosyć dziewczyno! Okazało się, że żyjesz, spotykasz się z chłopakami, ale o przyjaciółce to już nie pamiętasz! 

To była wiadomość od Ino. Rzeczywiście, widziałam się z nią raz, dwa tygodnie temu. Trafiłyśmy na siebie przez przypadek w sklepie. Nie miałyśmy czasu pogadać, ale wymieniłyśmy się numerami telefonów. Miałam się odezwać. 

Przepraszam. Mogę zadzwonić jutro?

Pewnie – odpowiedź przyszła niemal od razu. 

Musiało jej naprawdę zależeć. I mi chyba też... brakowało mi jakiejś przyjaciółki. A Ino zawsze była dla mnie, nawet wtedy, gdy okazało się, że zakochałyśmy się w tym samym chłopaku. Ja dla niej, a ona dla mnie... zaszkliły mi się oczy. 

Oparłam się wygodniej o zagłówek, wbijając wzrok w śmietnik, przy którym stał Uchiha i gasił na nim peta. Myślałam o Yamanace i o tym wszystkim, co razem przeżyłyśmy na tej ulicy. Przypomniałam sobie nawet, że raz trzymała mi włosy, gdy wracając z nocnej imprezy u Naruto zahaczyłam z nią o ten durny śmietnik, żeby zwymiotować wszystko to, co w siebie wrzuciłam tamtego wieczoru. I jak się potem z tego śmiałyśmy, zataczając się jak głupie. Ile ja miałam wtedy lat? Czternaście. I jak godzinami mogłyśmy przesiadywać w tym parku po lekcjach, gadając o chłopakach, którzy ją rzucali, bo za dużo piła i była za odważna dla ich małego ego. I jak mnie zabrała do tej samej kawiarni, co Sasuke, żeby mi oznajmić, że rodzice zapisali ją na terapię, bo podobno była już uzależniona od alkoholu. I to też wyśmiałyśmy, chociaż patrząc na to z perspektywy czasu, byłyśmy obydwie w takim samym gównie, więc może dlatego tak dobrze się w tej kwestii rozumiałyśmy i tak nas to śmieszyło. 

Ale naprawdę chyba lepszej przyjaciółki nie miałam. Zawsze odstawiona, jakby się wyrwała z Vouga, z ogromnymi oczami, które, gdy zostawałyśmy same, zwykle stawały się czerwone od płaczu. Trochę przypominała mi Felinkę z Bambiego. Miała w sobie tyle wdzięku. 

I wtedy poczułam coś, o czym prawie zapomniałam, bo minęło już tyle czasu od ostatniego razu. W moim wnętrzu narodziła się ekscytacja. Autentycznie podskoczyło mi ciśnienie, a gdy Sasuke wsiadł do samochodu, to już nie widziałam innej opcji. 

- Co ty masz takie duże oczy? - zapytał, zapinając pas. Zdobyłam się na najszerszy uśmiech, jaki mogłam zrobić.  

- Zawieź mnie do domu - poprosiłam. 

- Taki mam zamiar - westchnął. - Coś się stało? 

- Mam pomysł - odparłam, a on spojrzał na mnie podejrzliwie. 

- Będziesz się rzucać pod pociąg? - zażartował z ponurą miną. Przynajmniej ja odebrałam to jako dobry żart, bo nawet się zaśmiałam. 

- Muszę coś zapisać - wyznałam. Uchiha zmarszczył brwi, patrząc na mnie jak na wariatkę. - Ruszaj.

- Masz przecież telefon - prychnął. - Nie musisz czekać aż do Tokio. 

- Muszę - upierałam się, rozsiadając się wygodniej. Klimatyzacja zaczęła działać i Sasuke w końcu do mnie dołączył, więc zrobiło mi się cieplej. - Muszę zapisać to w moim notesie. 

- Okej - nie potrzebował niczego więcej. 

Zastanawiałam się tylko, czy Ino będzie zadowolona z mojego pomysłu. Ale te słowa... no po prostu nie mogły mi wyjść z głowy. 

They were the only friends I ever had

We got into trouble and when stuff got bad

I got sent away, I was waving on the train platform

Crying 'cause I know I'm never comin' back*



** *



Lubiłem jeździć w nocy. Nigdy nie było tłumów, więc w końcu można było w spokoju dojechać do domu. Wtedy dopiero, gdy nie trzeba było uważać na nikogo innego poza pieszymi, jazda stawała się dla mnie przyjemnością. 

No i cieszyłem się, że Sakurze przeszło. 

Zanim podjąłem, dość spontanicznie jak na mnie, decyzję o poproszeniu jej o rękę bałem się, że taka niespodziewana sytuacja może zrobić jej krzywdę. Nie myliłem się, z resztą. Znowu jej odwaliło i tym razem z mojej winy. Jednak, gdybym ją uprzedził, całe to oświadczanie się byłoby bez sensu. No może nie tak do końca bez sensu. Ludzie różnie to załatwiali. Jednak z racji bycia sobą, chociaż w tej kwestii chciałem, żeby wyszło w miarę romantycznie, ale równocześnie po mojemu. Na szczęście się uspokoiła, a ja mogłem zadowolony z samego siebie słuchać jej żywiołowej paplaniny, którą męczyła Senju przez telefon. 

No ja wiem, że jest druga w nocy, ale ja mam genialny pomysł i ty musisz go wysłuchać - nieznacznie podniosła głos, słysząc jakiś bełkot ze strony blondynki. - Właśnie zdecydowałam, co chcę zrobić ze swoim życiem i owszem, dotyczy to ciebie... nie, nie zaczekam do rana. Rano nie będzie takiego efektu. Poza tym, chcę ruszyć jak najszybciej. Najlepiej jutro... dobra, ogarnij się i oddzwoń - rozłączyła się pośpiesznie i oparła o fotel w akcie bezsilności. 

- To na co wpadłaś? - zapytałem z ciekawości. 

- Dostałam weny twórczej i wymyśliłam tekst - odparła, posyłając mi szeroki uśmiech. Biel jej zębów kontrastowała z otaczającym nas mrokiem nocy i migotała, odbijając światło ulicznych latarni. 

- Super - pogratulowałem, skręcając na ulicę, przy której znajdowało się nasze mieszkanie. - Kto ci ją wyda?

Sakura miała minę, jakby się zastanawiała, czy mnie zabić. 

- Ty to wiesz, jak podciąć skrzydła - burknęła, odwracając twarz do bocznej szyby. 

- Nie chciałem cię ukrócić, pytam poważnie - przewróciłem oczami, parkując tuż przy bramie naszej kamienicy. 

- Nie wiem - nadal była obrażona. - Po to zadzwoniłam do Tsunade. Moją pracą jest wymyślać i tworzyć, a jej mi to umożliwiać. 

- Okej - odpuściłem. Miała rację, ale ja bym postąpił inaczej, na pewno wolniej i nie w środku nocy. 

Wysiedliśmy i podeszliśmy do bramy. Gdy tylko znaleźliśmy się na podwórku, aż mnie wmurowało w ziemię. Zielonooką również. 

Saya nie była osobą, którą chciałem zobaczyć w tamtym momencie. Dzień, choć tak okropnie się dla nas zaczął, miał się skończyć dobrze. Jeżeli Sakura byłaby głodna, zrobiłbym jej kolację, a ją samą posadził w salonie pod kocem i zakazałbym się ruszać, nawet do kibla nie mogłaby pójść bez mojej zgody. I potem, jeżeli nie byłaby zbyt senna, obejrzelibyśmy film, najlepiej akcji, bo takie obydwoje lubiliśmy najbardziej. A potem poszlibyśmy spać, może nawet nieumyci, ale razem jako narzeczeństwo. Może, gdybym zbliżył się do niej wystarczająco i dał jej do zrozumienia, mógłbym liczyć na coś więcej. Ale jeżeli byłaby zbyt zmęczona albo po prostu nie chciałaby, nic by się nie stało. Myślę, że kochałem się z nią kochać, ale jeszcze bardziej podobało mi się, z jaką wręcz dziecinną łatwością potrafiła zasnąć, wciskając nos pod moją szczękę bądź pachę. 

Tymczasem... no właśnie. Przede mną stała ta głupia szmata i bezczelnie szczerzyła w moim kierunku te swoje śnieżnobiałe zęby. I chyba tylko dzięki obecności mojej kobiety powstrzymałem się od przemocy. 

- Na chuj tu przylazłaś? 

- Ach, kochanie - powiedziała, zdejmując z głowy kaptur jednej ze swoich drogich kurtek. - Ty zawsze musisz być taki chłodny i czarujący. 

- Zadałem ci pytanie - syknąłem ostrzegawczo.

- No weź, myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi - zdecydowała się zrobić spory krok w moją stronę. - Czemu chowasz tę wariatkę za plecami? Aż tak odbiła jej palma, że nie ma godności nawet spojrzeć w twarz tym lepszym? 

- Nie twój interes - odważyła się wtrącić Sakura, wyciągając z mojej kieszeni klucze do mieszkania. Jej głos wcale nie wskazywał na to, że była przestraszona, dlatego nieco się uspokoiłem. Brakowało mi tylko kolejnego ataku paniki w tamtym momencie. - Pójdę przodem, zrobię ci herbaty - rzuciła do mnie i ruszyła w stronę klatki. 

Z cichym podziwem obserwowałem jak umyślnie szła na wprost Sayi. Kiedy znalazła się na jej wysokości, bez wahania złapała za jej bark i odepchnęła na bok. Kobieta zatoczyła się lekko, przemieszczając się pod wpływem tego kontaktu o parę kroków w bok. W końcu złapała równowagę i spojrzała na moją narzeczoną z nienawiścią. Już za to powinienem jej obić pysk. 

- Nienormalna jesteś, czy co? - zawrzała. Lo otworzyła sobie drzwi kopniakiem, aż gruchnęły o ścianę klatki. Odwróciła się do niej przez ramię i powiedziała:

- Żarty na bok. Idź już sobie... zacznij żyć. 

Drzwi zamknęły się za nią z doniosłym hukiem. 

- Może i jest pierdolnięta, ale ma rację - powiedziałem, gdy zobaczyłem, że Hiyugashi znowu zbiera się na jakiś ironiczny komentarz. - Idź do domu, spać. 

- Ja po prostu za tobą tęsknię, Sasuke - wyznała, patrząc na mnie otwarcie, a w jej oczach rzeczywiście odczytywałem coś na kształt tęsknoty. 

Westchnąłem cicho.

Już nie jesteś częścią mojego życia. Rozstaliśmy się dawno temu i dla mnie należysz już do przeszłości, bardzo dalekiej zresztą. A jak wiesz, ja się za siebie nie oglądam. Odpuść sobie. 

- Nie mogę w to uwierzyć - pokręciła przecząco głową, opierając się o ścianę kamienicy ramieniem. Zbierało jej się na płacz. Co za szantażystka. - Przecież to jest kompletnie pozbawione logiki, Sasuke. Byliśmy razem szczęśliwi, dawałam ci wszystko, co tylko zachciałeś, miałeś mnie całą. Chyba po tych wszystkich latach należy mi się coś więcej niż zwykłe spierdalaj, prawda? 

- Wiem, że to chujowe z mojej strony, ale nic ci teraz nie poradzę. Przy niej czuję, że żyję i nic tego nie zmieni, a już na pewno nie twoje chore wywody. Przestań się nad sobą użalać, faceci robią dziewczynom gorsze rzeczy. 

- Jak chciałeś poczuć, że żyjesz, to trzeba było skoczyć ze spadochronem, a nie mnie rzucać dla jakiejś wariatki. Nie wiesz, czy będzie cię kochać za miesiąc, czy do samego końca, czy się nie puści z jakimś przypadkowo poznanym ćpunem, czy znowu nie zacznie gadać sama do siebie, drapać ścian i wyrywać sobie włosów! A jak, nie daj Boże, zrobisz jej bachora, to czy go nie zajebie przypadkiem, bo jej głosy w głowie powiedzą, że to jakiś kosmita?! 

Nie minęła sekunda, a ja już przyciskałem jej gardło do zimnego i brudnego tynku. Zacharczała przeciągle, próbując złapać powietrze. 

- Skąd o tym wiesz? - powiedziałem cicho, nie chciałem robić awantury na całe podwórko. - Kto ci to powiedział? 

- A... co? - wykrztusiła, świdrując mnie tymi swoimi czekoladowymi oczami. 

- Gówno - syknąłem. Nasze twarze dzieliły milimetry. Byłem bardzo poważny, a ona niezwykle z siebie zadowolona, choć lada moment mogłem ją udusić. - Odpowiadaj. 

- Puść - stęknęła, łapiąc rękawiczkami za moje ramię. Odsunąłem się może o kilka centymetrów, zabierając dłoń. Pozostawałem jednak czujny. 

- Gadaj. 

- Dobrze, powiem ci, za buziaka - uśmiechnęła się słodko przez łzy, które ciekły mimowolnie z jej oczu pod wpływem mojego uścisku. Wyglądała strasznie, jak potwór. 

- Powiesz mi i tyle. Słucham. 

- Myślałam, że jak zobaczysz, że ona jest w coraz gorszym stanie, to sobie odpuścisz - zaczęła, wywracając oczami. - Nigdy nie sprawiałeś wrażenia faceta, który byłby zdolny do uczuć takich jak współczucie i naiwność, do poczucia obowiązku wobec kogoś poza Naruto, do chęci troszczenia się o kogoś, sam przyznasz mi rację. A tu proszę, taka niespodzianka. Nie dość, że kompletnie zerwałeś ze mną jakikolwiek kontakt, to jeszcze pewnie z uporem maniaka o niej myślałeś, nawet jak ona latała naćpana, żeby pieprzyć się za twoimi plecami z Uzumakim. Byłam totalnie zaskoczona twoim zachowaniem, ale uznałam, że to tylko jakaś fanaberia, choć muszę przyznać, że poczułam się zagrożona. 

Zmarszczyłem brwi. 

- Wtedy już chyba nie byliśmy razem, więc to nie był twój interes. 

Prychnęła. 

- Pomimo twojego zagubienia i wszystkich oczywistych błędów nadal cię kocham, skarbie - parsknęła z politowaniem. Poczułem się zbity z tropu, choć wściekłość powiązana z moimi przeczuciami do wyznań Hiyugashi nadal nie ustępowała. I bardzo dobrze. 

- Do brzegu - nie zważałem na wyznanie. 

- To długa historia, może zaprosisz mnie na górę? - odparła, zupełnie tak jakbym nie był na nią zły, jakby nic, co powiedziałem do tej pory nie miało znaczenia. 

Moja dłoń sama zdecydowała. Pierwszy raz uderzyłem kobietę. Nie za mocno, choć gdybym chciał, gruchnęłaby o chodnik. Spojrzała na mnie zszokowana, najwyraźniej zupełnie się tego nie spodziewając i złapała się za czerwony policzek. Ja udałem niewzruszonego. 

- Ogarnij się - warknąłem. - Nie mam ochoty na twoje durne gierki. Kończ to, co zaczęłaś i spieprzaj do domu. 

- Sam się ogarnij! - wykrzyczała mi prosto w twarz. - Co ty sobie wyobrażasz? Jak śmiałeś, śmieciu?! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam? 

- Niby co? 

- Myślisz, że kto pozbył się tej różowej dziwki z Konohy, co? Jak sądzisz, dlaczego jej stara aż tak bardzo cię nienawidzi? I dlaczego ona ma teraz haluny? - darła się, całkowicie olewając swoje położenie. 

Z chwilą, gdy dotarło do mnie, o czym ona tak krzyczała, zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło. Dlaczego całe zło wszechświata i wszystkie plagi rzeczywistości dotykały akurat moją kobietę i po części uderzały również we mnie. Byłem już nie tylko wściekły, ale i rozżalony. To nie było sprawiedliwe. 

*

Na górze czekała na mnie Sakura. Kiedy wspinałem się po schodach, ona już siedziała na wycieraczce z kubkiem herbaty dla mnie. Sprawiała wrażenie jakby mnie do czegoś zapraszała, witając swojego faceta prawdziwie nieśmiałym uśmiechem. Wykapana dziewica, która tylko czekała na pierwszy raz. 

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, w moim umyśle ponownie rozegrała się cała porąbana rozmowa z Sayą. Wszystkie te informacje torpedowały moje logiczne myślenie, niczym równania chemiczne, których nie pojmowałem. I tego też. Nie rozumiałem już niczego, choć wszystko było jasne, przejrzyście przez tę kurwę przedstawione. Miałem to czarno na białym, na diagramie, wykresiku i w tabelce. Ona i jej misterny plan zniszczenia życia jednej osoby, której nienawidziła tylko ze względu na obiekt uczuć. W głowie się nie mieściło, że jedna kobieta mogła zrobić drugiej coś tak potwornego. 

Pomogłem wstać różowowłosej. Razem weszliśmy do mieszkania. Stała obok mnie w przedpokoju, patrzyła, jak się rozbieram bez cienia wzruszenia. 

A ja biłem się z własnymi myślami. Czy mógłbym jej zepsuć humor tym, czego się dowiedziałem? Zresztą, jej nastrój w kontekście prawdy, którą poznałem nie miał nic do gadania. Powinna o tym wiedzieć. Jednak – tu spojrzałem na nią ukradkiem – nie musiało to ostatecznie następować pod koniec tak ważnego dla nas dnia. Chciałem, żeby miała dobre wspomnienia. A wiadomość o tym, że Hiyugashi jakoś dowiedziała się, gdzie przebywała Sakura sześć lat temu, przekupiła pielęgniarkę, by ta dodała do podawanych jej leków psychotrop, którego dłuższe zażywanie powodowało nieodwracalne zmiany w mózgu - konkretnie w płacie czołowym odpowiedzialnym za osobowość – przez co w jej umyśle powoli rosła sobie mała świrownia, musiała zwalić ją z nóg.

Złą informacją była również ta o tym, że doktor Morino był dalekim wujkiem Sayi i dzięki temu tej szmacie jakimś cudem udało się dostać do kliniki. Przynajmniej wiedziałem, dlaczego doktorowi tak bardzo zależało na tym, żeby brała leki i wróciła do leczenia. Jego zapewne też przekupiła, choć nie przyznała się do tego. Tam dalej karmiono ją tym świństwem. Podczas ataków Hiyugashi nie odstępowała jej na krok i wpychała jej do mózgu te wszystkie bzdury, które Haruno sobie wymyślała. 

Aż w końcu psychotrop nie był potrzebny. Bo zniszczył płat czołowy do tego stopnia, że i bez niego zielonooka była pełna lęków i urojeń. Gdybym nie zabrał jej z kliniki i nie przekonał jej z powrotem do moich uczuć, Saya dopięła by swego. 

Staliśmy naprzeciw siebie i przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Sakura pierwsza uniosła brwi, zadając mi nieme pytanie, na które nie zamierzałem odpowiadać. Dzisiaj nie mogłem jej tego powiedzieć. Może kiedyś. Ale teraz niech się cieszy, że do niej wróciłem, tak samo jak ja. Przepadałem za jej towarzystwem. 

Podała mi kubek, który od niej wziąłem. Odwróciła się na pięcie, zapewne po to, żeby wziąć swój. Ja jednak byłem szybszy i wolną dłonią przyciągnąłem ją do ściany, blokując jej widok na świat własnym ciałem. Pisnęła cicho, pełna zaskoczenia, kiedy przycisnąłem siebie do niej: moje biodra do jej brzucha, jej policzek do mojego, moje palce do jej własnych. 

- Sasuke - szepnęła. - A herbata?

- Dzisiaj na zimno - mruknąłem, odrywając się od niej tylko po to, żeby postawić kubek na ziemi. 

Gdy podnosiłem się z kucek i miałem już dwie wolne ręce, pociągnąłem jej bluzę za sobą. Została półnaga, a we mnie obudził się dobrze znany mi demon. Świdrowałem ją wymownie lubieżnymi oczami, a ona swoim uśmiechem, spojrzeniem, ułożeniem brwi i oddechem z każdą chwilą utwierdzała mnie w przekonaniu, że to może być nasz kolejny pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie była przecież moją narzeczoną. 

Znowu przypierałem ją do ściany, dotykałem jej ciała, nie pozwalając by choć trochę zmarzła. Przede wszystkim, całowałem ją tak jakbym już nigdy więcej nie mógł tego zrobić. A ona z naturalną dla siebie ufnością odpowiadała na każdą okazywaną jej przymilną pieszczotę w sposób tak dla niej wyjątkowy i unikatowy, że mi samemu miękły kolana. Czułem prawdziwie, że byliśmy dla siebie stworzeni, idealnie dopasowani i że naprawdę nie mógłbym żyć ani jednego dnia dłużej bez niej. 

** *

Dwa dni później

Siedziałam w drogiej restauracji z Jirayą i Tsunade. Czekaliśmy na jedną, najważniejszą dla mnie w tamtym momencie osobę, a ja pierwszy raz w życiu myślałam, że nie usiedzę. Po pierwsze, z nerwów. A po drugie z niewyspania. Nie chciałam patrzeć na siebie w lustrze, bo zdawało mi się, że ciemne sińce pod moimi oczami wyraźnie wskazują na dwie zarwane nocki. Niemal zasypiałam na siedząco. 

Menedżerowie wcale się mną nie przejmowali, pogrążeni w rozmowie, toteż mogłam do woli skupiać się na wyobrażaniu sobie łóżka, które dzieliłam z Sasuke. Niemal słyszałam, jak mnie woła, takie mięciutkie i ciepłe. Nie tylko mój umysł, ale również i ciało było na skraju wytrzymałości. Czułam, że po tym jak wróciliśmy z Uchihą z Konohy moja miednica była cała pogruchotana i wołała o nasmarowanie żelem przeciwbólowym. Kiedy się szykowałam na to spotkanie zauważyłam w lustrze, jakie mam posiniaczone plecy. Ściana to nie było najprzyjemniejsze miejsce do uprawiania seksu. Byłam zdecydowana poprosić Sasuke o przerwę. Nie to, żebym nagle z powrotem straciła libido, bo nawet mi się to wszystko podobało, a co, ale potrzebowałam odpoczynku. I to sporo. 

- Przepraszam, za spóźnienie - usłyszałam za sobą, co wyrwało mnie z zadumy. Zaniemówiłam. 

- Matko, jak ty świetnie wyglądasz - wydukałam grobowym tonem, co wprawiło Yamanakę w konsternację. 

Rzeczywiście, odjebana jak królewna. Oczywiście, bo jakby inaczej. Prawie że platynowe włosy za pas, idealnie proste. Złote długie kolczyki, miliard bransoletek i pierścionków, złoty łańcuszek, beżowy płaszcz a pod nim złoty szalik, granatowy top odsłaniający brzuch i białe biodrówki. Wspominałam już o złotych botkach na platformie? Nie? No to je miała! 

Zajęła miejsce obok mnie i mogłam uważniej przyjrzeć się jej twarzy. Perfekcyjny makijaż nude i błyszczyk z drobinkami złota. Zerknęłam w dół i zwróciłam uwagę na granatowe, przedłużane hybrydy. Zaczęłam się zastanawiać, ile ją to wszystko kosztowało. Przewiesiła przez krzesło płaszcz i torebkę wszyscy wiemy w jakim kolorze i odważyła się na mnie znowu spojrzeć. 

Przy takiej złotej kobiecie czułam się jak szara myszka, w czarnych spodniach, czarnym swetrze, który był tak rozciągnięty, że dekolt był bardziej w łódkę niż normalny, totalnie bez makijażu. Dobrze, że nie spotkałyśmy się na ulicy, bo ze sobą miałam wziętą pospiesznie kurtkę Sasuke, w której wyglądałam jak siedemnastolatek z różowymi włosami. Myśląc o nich, poprawiłam szarą menelkę, którą miałam na głowie, chcąc ukryć krótkie włosy. Oczywiście, wystawały spod niej, kończąc się w połowie szyi, ale i tak uważałam, że jest mi w nich o tyle dziwnie, że Ino nie powinna ich widzieć na pierwszym spotkaniu. 

- Pani Yamanako - zwrócił się do niej siwowłosy. - Jestem Jiraya, a to Tsunade. Obydwoje reprezentujemy wytwórnię Akari, z którą pani Haruno podpisała kontrakt. Jesteśmy jej menedżerami. Mamy dla pani ciekawą ofertę w związku z nową płytą pani Haruno. 

- Sakura wspomniała mi o tym, dziękuję - złożyła ręce na stole, zaplatając palce w koszyczek. Oparłam się na krześle, postanawiając nie ingerować w rozmowę bez potrzeby. - Na czym konkretnie miała by polegać?

- Cóż... 

- Chcę, żebyś była twarzą mojej płyty, Ino - wtrąciłam się i w zasadzie tyle było z mojego postanowienia. Blondynka spojrzała na mnie zdumiona, natomiast Senju westchnęła tylko głośno w geście dezaprobaty. Miałam to chyba gdzieś. Po prostu chciałam jej sama o tym powiedzieć. Tak dawno się z nią nie słyszałam. 

- Co ty gadasz? - rozdziawiła buzię. - Mówisz serio? 

- No pewnie - prychnęłam. - Słuchaj mnie uważnie. Płyta w stylu Summertime Sadness i Video Games. Żadnego metalu, spokojna, kobieca i bardzo intymna. Myślę, że będziesz do niej idealna. I na okładkę i do teledysków. No i chcę cię w chórkach. 

- Łał - wydukała. Wyciągnęłam ze spodni kartkę zgiętą kartkę i podałam jej.

- To jest pierwsza piosenka na płytę. Przeczytaj ją. Do niej będzie teledysk i chcę, żebyś zagrała w nim główną rolę - wzięła kartkę, rozłożyła ją powoli, zerknęła na mnie jeszcze raz i wczytała się w tekst. 

Minęło dobre kilka minut. 

- I co myślisz? - zapytałam zaraz po tym, jak odkryłam, że pomiędzy nami panuje głucha cisza. Kobieta oderwała wreszcie wzrok od kartki. Spojrzała na mnie nieodgadnionymi, błękitnymi oczami i z powrotem wsadziła nos w tekst, który napisałam zeszłej nocy. 

Zaczęłam się niecierpliwić pomimo tego, że nie leżało to w mojej naturze. Dopiero pokazując swoją pracę osobie, której na mnie zależało, a którą ja tak samolubnie porzuciła, czułam prawdziwy stres. Chciałam, żeby jej się spodobało, żeby się zgodziła i żebym mogła mieć to wszystko już za sobą. Pragnęłam rozpocząć już pracę. 

Jednak Yamanaka znana była z dwóch rzeczy. Po pierwsze, każdy kto miał z nią do czynienia wiedział, że nie odpuszcza swoim wrogom. Dopiero w obliczu dopełnienia zemsty, zgnojenia wszystkich zamieszanych w sprawę mogła zasnąć spokojnie. I w pewnym sensie bardzo ją za to lubiłam. Tyle tylko, że to ja byłam teraz winna. Bałam się jej oceny po tych wszystkich przykrościach, które jej sprawiłam, bardziej lub mniej świadomie. Po drugie, chcąc nie chcąc nikt nie potrafił być tak lojalny i oddany przyjaźni jak ona. Nie tylko chciałam, żeby zgodziła się być gwiazdą mojej płyty, ale także liczyłam, że tak ogólnie mi wybaczy. 

- Sakuro – Ino zdobyła się w końcu na to, żeby się odezwać. Równocześnie odetchnęłam z ulgą i skrzywiłam się, słysząc jak oficjalnym tonem się do mnie zwróciła. To było zupełnie nie w jej stylu. 

- Słucham? - podparłam się łokciami o blat, nachylając się w jej stronę. 

- Dlaczego to zrobiłaś? - zamarłam. 

- Co?

- Dlaczego napisałaś ten tekst? - uściśliła, a mi zrobiło się jakby lepiej. Nie chciałam rozmawiać o przeszłości. Wystarczy piosenka. 

- Kiedy do mnie napisałaś z pretensjami, byłam w Konoha i gapiłam się na śmietnik przy parku, do którego zawsze rzygałyśmy wracając do domu i tak jakoś mnie wzięło na wspomnienia - wyjaśniłam, tylko trochę mijając się z prawdą. Nie musiała wiedzieć, że dostałam amoku twórczego i jak pojebana siedziałam nad tym całą dobę. 

- Nie uważasz, że jest jakiś zbyt dosłowny, albo oczywisty? - ona również pochyliła się w moją stronę, marszcząc brwi. Patrzyłyśmy sobie w oczy przez krótką chwilę i niemal równocześnie na naszych twarzach rozkwitły, niczym najpiękniejsze kwiaty bzu, łobuzerskie i nieco krzywe uśmiechy.

- Połączone mózgi - rzuciłam, przypominając sobie jak świetnie rozumiałyśmy się kiedyś. Wtedy nie potrzebowałyśmy słów i wyglądało na to, że to nie zmieniło. 

- Zawsze - prychnęła. 

- Tylko dla ciebie jest oczywisty - wróciłam do tematu. - No i może dla mnie.

- This is what makes us girls; We don’t look for heaven and we put our love first; Somethin’ that we’d die for it’s a curse* - zacytowała z nostalgicznym uśmiechem. Chyba trafiłam do jej serca. 

I roześmiałyśmy się obydwie. Ah, jak dobrze było znów słyszeć jej śmiech i mieć ją tak blisko siebie, taką wyrozumiałą i serdeczną. 

- To co, zgadza się pani? - wtrącił się Jiraya, sprowadzając nas obydwie na ziemię. 

- Pomysł jest ciekawy i bardzo chciałabym pomóc, ale proszę mi najpierw pokazać umowę - blondynka wyprostowała się znacząco i łypnęła na niego chytrze. 

- Pani jest bardzo sprytna - zaśmiał się gromko. Kątem oka zobaczyłam wysoko uniesione brwi Senju. Ja też uważałam, że próbował ją bajerować i bardzo mu to nie wychodziło. 

- Pan się dziwi, a ja pracuję w burdelu i muszę pilnować swoich interesów - wyjaśniła rzeczowo i wymownie zaczęła zezować w kierunku teczki leżącej przed Tsunade. Jirayi nie było już do śmiechu. 

- Punkt dla pani - skinął głową mojej menedżerce, która kilka godzin wcześniej zgodziła się być jego sługusem. Obiecał jej, że jeżeli moja twórczość przyniesie mu zysk, co sam zresztą zakładał, to zatrudnią ją na takich prawach jak jego. Miałam ciche wrażenie, że tylko ta myśl trzymała ją jeszcze przy życiu. Na pewno nie jej zdeptane i zszargane ego. Obydwie jednak potrzebowałyśmy zarabiać.

Tsunade otworzyła teczkę, wyjęła z niej umowę i podała ją bezpośrednio niebieskookiej. Nie wiedziałam jakiej odpowiedzi się spodziewać po jej reakcji. Z początku chłodno analizowała kolejne akapity, jednak w miarę upływu czasu te piękne, słynne na całą szkołę oczy, błękitne jak najczystsze niebo, robiły się coraz to szersze. 

- Że... ile?! - pisnęła, gdy skończyła czytać. 

- Odpowiada to pani? Jeżeli nie, wynagrodzenie jest do dyskusji - powiedział Jiraya, spokojnie mierząc ją rozbawionym spojrzeniem. - Choć osobiście uważam, że stawka za współwykonanie piosenki oraz za teledysk i zysk z udostępniania i praw autorskich w pani przypadku jest jak najbardziej odpowiedni. Nie jest pani jeszcze znana z tym środowisku, ale jeżeli się pani sprawdzi, być może się to zmieni. Mam na myśli zatrudnienie pani jako naszej modelki. 

Yamanaka zerknęła na mnie szybko i przez ten jeden moment dane mi było zobaczyć jak wielka to dla niej radość. Niespodziewanie odłożyła umowę na bok i niemal rąbnęła czołem w blat. 

- To się nie dzieje naprawdę - usłyszeliśmy jej cichy, stłumiony głos. Spojrzeliśmy po sobie z nieodgadnionymi minami. To znaczy, ja wiedziałam, że to było jej największe marzenie w liceum, ale nie spodziewałam się takiej reakcji. 

- Ino - szepnęłam, a ona podniosła się momentalnie, cała czerwona. Jej długie kolczyki zabrzęczały wesoło. Odgarnęła włosy z twarzy. - Zgódź się. Proszę - to ostatnie powiedziałam dużo ciszej niż bym chciała. - Jeżeli ktoś miałby oglądać twoje ciało, to chciałabym, żeby to odbywało się właśnie w ten sposób. Zawsze przecież tego chciałaś. I skoro mam możliwość to chcę ci w tym pomóc - dodałam głośniej, wzbijając się na wyżyny swoich motywacyjnych gadek. 

Blondynka znowu mnie zaskoczyła.

- Proszę mi mówić Ino. Póki co, jestem dostępna tylko rano - wyciągnęła rękę w stronę Jirayi, którą ten przyjął w zapewne diabelsko mocnym uścisku. 

Poczułam, że jestem w domu. 

** *

Następnego dnia

Tak jak niegdyś bałem się ponownego spotkania z Sakurą, tak teraz nie mogłem zdobyć się na naciśnięcie klamki i spojrzenie rodzicom w oczy. W głowie ułożyłem sobie jeden konkretny scenariusz tej rozmowy, prawdopodobnie najważniejszej w moim życiu. 

Z Hiyugashi poszło prosto – rodzice nie mogli się wtedy doczekać naszych zaręczyn, uważali bowiem, że była dla mnie stworzona. To jej zawsze chcieli u mojego boku. Kogoś tak pewnego siebie, budzącego w innych równocześnie zachwyt i podziw, a także szacunek. Taka była babcia, matka i taka powinna być moja żona. 

Lola nacisnęła klamkę od furtki i ruszyła przodem. Patrzyłem osłupiały, jak szła bezlitośnie w stronę domu. Weszła po schodkach i zapukała zuchwale do drzwi. W tym co robiła nie było cienia zawahania. I we mnie wzbudzała tym samym zachwyt, podziw, no i szacunek. 

Ale w oczach moich rodziców dalej pozostawała tą małą, uroczą Sakurcią, którą mogli się opiekować jak córeczką, której nigdy nie mieli. To jak zachowałaby się w danej sytuacji wynikało nie z jej charakteru czy siły ducha, a z emocji, które aktualnie nią targały. Jak miała dobry dzień, potrafiła być zabawna (a nawet dowcipna), śmiała i całkiem kontaktowa, a jeśli była zła, to także pełna pasji i oślego uporu. Jak było gorzej, stawała się małomówna, zlękniona i nieśmiała, niczym dziecko. Ale czy zobaczył to ktoś jeszcze poza mną? Wątpię.

Drzwi otworzyła Konan. Jak zwykle chłodna do bólu, najpierw spojrzała na Lo pełna zaskoczenia, potem zmierzyła mnie wzrokiem przepełnionym powątpieniem, który dotknął mnie nawet z odległości dziesięciu metrów, które nas dzieliły. Poza tym stała i milczała. 

- Cześć - odezwała się śmiało Sakura. W jej głosie kryła się hardość, zapewne spowodowana tym, co usłyszała ode mnie w drodze tutaj. - My z wizytą. 

- Wy? Czy może raczej tylko ty, a Sasuke sobie poczeka na deszczu? - zażartowała. Musiałem wyglądać jak ostatni kretyn. 

- Nie wiem, co się z nim dzieje, ale przyszliśmy razem - mówiąc to, odwróciła się do mnie przodem i uśmiechnęła się przepięknie. 

- No to właźcie - fioletowowłosa ustąpiła nam w progu. Sakura dumnie wkroczyła na teren mojego rodzinnego domu. Ja także ruszyłem do przodu, tłumacząc sobie, że muszę wejść, bo pada, a ja nie lubiłem moknąć. 

Kiedy minąłem Konan, uświadomiłem sobie jak wielkie szczęście miał mój brat, że wybrał akurat ją, a ona jego. Podczas, gdy on zagłębiał się w najmroczniejszych zakamarkach swojego umysłu lub po prostu nie wiedział, co zrobić, ta niepozorna, fioletowowłosa kobieta zawsze go broniła. Całkiem sama chroniła jego i dzieci przed całym złem tego obrzydliwego świata. 

Ona dbała o nich, a ja o Sakurę. 

Rodzice nie mieli nic przeciwko ich ślubowi, mieli w końcu dziecko, lecz na mnie nie ciążyło bycie ojcem. A choć Lolita stanowiła dla nich bezapelacyjnie członka rodziny, nie była taka jak Uchiha. 

Konan zamknęła za nami nieśpiesznie drzwi. W środku było ciepło i gwarno. 

- Przyjechałaś z rodzinką? - odwróciłem się do bratowej, siląc się na słaby uśmiech. Tak się bałem, że nie potrafiłem zdobyć się nawet na takie banalne gesty. 

- No a z kim? - odpowiedziała równie przyjaznym tonem. Widziałem w jej oczach jak bardzo była zmęczona tym dniem, choć było dopiero młode popołudnie. Uśmiechnąłem się do niej, tym razem szczerze. Zrozumiała ten gest. Spuściła głowę, zagarniając włosy za ucho i razem poszliśmy w ślad za moją kobietą, która już w najlepsze odkurwiała jakieś dzikie harce na dywanie z moimi bratankami. 

- Synku - zawołała radośnie mama, podchodząc do mnie z otwartymi ramionami. - Nie mówiłeś, że przyjedziesz! 

Przytuliliśmy się. 

- To spontaniczna decyzja - odparłem całkowicie szczerze. 

- JEDNA Z WIELU - różowowłosa musiała dorzucić swoje trzy grosze. Podła. 

Mama zmarszczyła brwi. 

- Rozumiem, że masz nam coś do powiedzenia - wtrącił się tata. 

Skinąłem głową. Tata wskazał mi kanapę, na której aktualnie zalegał mój brat. 

Stanąłem nad nim, czekając aż mi ustąpi. Gdy tak się nie stało, złapałem go za spodnie i zrzuciłem jego tłuste cielsko na podłogę. Czyżby deja vu? Itachi jęknął zaskoczony. 

- Czy wy kiedyś przestaniecie? - oburzyła się mama, siadając obok ojca. Rodzice byli pełni dezaprobaty, a my rozbawieni. To takie typowe dla moich powrotów do domu. Brat szybko się poniósł i usiedliśmy po dwóch stronach kanapy. 

- No to co tam słychać, braciak? - roześmiał się, widząc jak staję się na powrót coraz bardziej poważny. 

Matka i on wgapiali się we mnie pełni ciekawości, a tata był bardzo głęboko niewzruszony moimi dylematami. Do czasu. Postanowiłem, że chcę mieć to za sobą. 

Przyjrzałem się uważnie Sakurze, która gniła na dywanie, a Ichigo z Minto na niej. To była chyba pora leżakowania. Ona sama sprawiała wrażenie, że jeszcze trochę była dzieckiem. Nie było bata, żeby moi rodzice ujrzeli w niej tak samo wartościową i idealną dla mnie osobę, co ja – no ni chuj. 

- Oświadczyłem się Sakurze - powiedziałem w końcu, powracając do nich myślami. 

Byli... tacy zabawni, zastygli w osłupieniu. Wpatrywali się we mnie tak intensywnie, jakbym im wyznał, że zamierzam polecieć w kosmos. Sytuacji nie była w stanie naprawić nawet Konan, która wróciła do salonu z herbatą, pełna spokoju i aprobaty. Na dowód swoich uczuć zajęła miejsce obok swojego męża i poklepała mnie z uśmiechem po ramieniu. W pewnym sensie ich milczenie było dla mnie krępujące, ale koniec końców cieszyłem się, że miałem to już za sobą. Nie ma to jak walnąć taką nowinę na dzień dobry. Ojciec najszybciej otrząsnął się z pierwszego szoku. 

- I co ona na to? - spytał, patrząc nie na mnie, a na moją nadal leżakującą narzeczoną. 

- Zgodziła się z płaczem i bólem serca - zironizowałem. - Nie przychodziłbym tu, gdyby mi odmówiła, tato. 

- To czemu nie mówicie tego razem? Z Sayą jakoś nie było takich cyrków. 

- Oj, czepiasz się szczegółów, kochanie - wtrąciła mama. 

- Wcale się nie czepiam, mógłby nam przedstawić swoją wybrankę - burknął obrażony tą uwagą. 

- Tata, a to nie jest tak, że ty znasz Lo od małego? - zaśmiał się mój brat. Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał na niego wściekły. 

- Mógłbyś ty się puknąć czasem w czoło, synek - wygarnęła mu mama, samej wykonując ten gest. Atmosfera panująca wokół nas nieco zelżała, ale tylko na moment. 

- No właśnie - ojciec podparł twarz dłonią. Obserwował mnie bezustannie, a ja czułem się coraz to bardziej jak mały szczyl. - Uważasz, że jest dla ciebie odpowiednia? To nie jest pierwsza lepsza dziewczyna, tylko bardzo konkretna, młoda kobieta. Oczywiście, jest członkiem naszej rodziny, odkąd się poznaliście, jednak niezależnie od tego, wolelibyśmy z mamą, żebyś ułożył sobie życie z kimś stabilniejszym. 

Jakby na umówiony sygnał Sakura zerwała się na równe nogi i stanęła na środku salonu moich rodziców z miną wojowniczki. Odwróciła twarz w naszą stronę, przenikając mojego ojca wzrokiem bardziej wnikliwym niż promienie UV. 

- Nie mówcie tak źle o mnie - poprosiła cicho i z gracją przemieściła się bliżej nas. - Może i Sasuke olał tradycję, ale to nie jest moja wina. I nawet gdybym mu odmówiła, to i tak by uznał, że się zgadzam. Przecież znamy się już tak długo - zaśmiała się perliście. 

Wpatrywałem się w nią jak zaczarowany i chyba wszyscy to zauważyli, bo na raz zaczęli się wymieniać porozumiewawczymi spojrzeniami i uśmieszkami. Ale ja byłem w stanie, w którym mnie to absolutnie nie ruszało. 

*

Po południu moi rodzice, już oswojeni z myślą o tym, że znalazłem kobietę mojego życia myśleli, że wszystkie atrakcje, którymi zamierzałem ich zaskoczyć tego dnia, były już za nimi. Choć najchętniej nie wyprowadzałbym ich z błędu, nie mogłem dłużej milczeć. 

Zaprosiłem ich oraz Itachi'ego na górę. Pokonując drogę do mojej starej sypialni, zmuszony oczywiście byłem do wysłuchiwań pytań i oczekiwań odpowiedzi, jednak to, co chciałem im przekazać wymagało pełnego skupienia, na które nie mogłem liczyć, zważywszy na spacer po ciasnym korytarzu. 

W moim pokoju czekała już na nas Sakura. Zaraz po wczesnym obiedzie poszła się przespać, lecz najwyraźniej musiała się obudzić, słysząc ten gwar pod drzwiami. Usiadła sobie na łóżku po turecku i wpatrywała się we mnie z pełną powątpienia miną. 

- Uważam, że to zbędne, Sasuke - powiedziała równocześnie stanowczo i nieśmiało. Upewniła mnie tym w przekonaniu, że choć sama nie chciała już do tego powracać, jednocześnie zgadzała się ze mną, że działania, które chciałem podjąć były słuszne. 

- Ale co? - dopytywał się Itachi, zajmując miejsce obok niej. 

- Zaraz się dowiesz - szepnęła mama, patrząc na niego karcąco. Ona również usiadła obok Sakury, kładąc jej głowę na ramieniu. - Usiądź, kochanie - zwróciła się do ojca, jednak on zdecydowanym gestem dłoni odparł, że woli stać. Odsunąłem krzesło od biurka i zająłem je nieśpiesznie. 

- Przejdę od razu do rzeczy - odezwałem się głośno, dzięki czemu skupiłem na sobie spojrzenia wszystkich. - Sakura musi wnieść pozew, więc potrzebujemy waszej pomocy. Czy któreś z was może reprezentować ją w sądzie?

- Rzeczywiście, od razu do rzeczy - zironizował ojciec. - Moglibyście nas wprowadzić w szczegóły? Może ty Sakuro, skoro jest to twoja potrzeba? 

Różowowłosa westchnęła cicho, ale i przeciągle. Po jej obliczu błąkały się emocje symbolizujące walkę z samą sobą. Nie rozumiałem, czemu się wahała. To było dla jej dobra, po to była sprawiedliwość. I jeżeli poszedłem na to jebane prawo bez powodu, to właśnie go, kurwa, znalazłem.

- Ja osobiście nie mam takiej potrzeby - rzuciła mojemu ojcu otwarte i szczere spojrzenie. - Sprawa dotyczy mojej przeszłości, tych najmroczniejszych oraz najboleśniejszych wspomnień, o których najchętniej bym zapomniała. Sasuke się uparł, że tak nie można i stąd to wszystko. 

- Co się z tobą dzieje, Sakura?! - zdenerwowany podniosłem się na równe nogi. - Chcesz tej małpie tak po prostu odpuścić? - podszedłem bliżej łóżka i ukucnąłem przed różowowłosą, patrząc jej prosto w oczy w nadziei, że się opamięta. 

- Myślę, że znamy się na tyle długo, Sasuke, iż powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, że nie należę do szczególnie mściwych osób - sklejenie tego jednego zdania zajęło jej w moim odczuciu całą wieczność. Miała rację, lecz mimo to nadal nie wierzyłem własnym uszom. 

- Być może, jednak zrobiła ci krzywdę i chcę, żeby za to odpowiedziała - powiedziałem już nieco spokojniej. Rodzice patrzyli na nas niezrozumiale. Wreszcie Itachi postanowił zadać pytanie za sto punktów. 

- O kim wy właściwie mówicie, co? 

- O Sayi - odpowiedzieliśmy równocześnie; ja z nienawiścią, Haruno natomiast bez zainteresowania. 

- Co się dokładnie wydarzyło? - zapytała mama, co spotkało się z nagłą reakcją zielonookiej. 

Moja narzeczona przesunęła się na łóżku, wstała i jak gdyby była tam sama, wyszła bez słowa wyjaśnienia. Wszyscy spojrzeli na mnie jeszcze bardziej zdumieni. 

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że Lo podejdzie do tej sprawy z tak olewczym nastawieniem. Chciałem załatwić to szybko, żeby Hiyugashi zapłaciła za to, że skrzywdziła Sakurę i przy okazji mnie. Może i moje reakcje były aż nadto wylewne, jednak chciałem tylko naszego dobra. Teraz, gdy poznałem powód tych wszystkich nieszczęść wokół nas, po prostu nie mogłem odpuścić. 

Sam, obserwując Lo co rano, jak budziła się przy mnie i obdarowywała mnie najpiękniejszym na świecie uśmiechem, plułem sobie w brodę za to, że dałem się zwieść Sayi, że nie dostrzegłem, ile ciepła i miłości miałem tuż pod nosem i to praktycznie od zawsze. Pozwoliłem wówczas zniszczyć naszą miłość, więc poniosłem za to szereg kar. Teraz przyszła kolej na Sayę Hiyugashi. 

Saya przez szereg lat podawała Sakurze jakiś psychotrop, który wywołał u niej psychozę oraz nieodwracalne zmiany w mózgu. Chcę, żebyście jej pomogli ukarać tę kobietę. Proszę was o to, byście reprezentowali ją w sądzie, a ciebie Itachi - spojrzałem na brata wymownie - o to, żebyś zbadał Sakurę i ustalił, co dokładnie uległo uszkodzeniu. 

- Dopóki ona tego nie chce, synku, nie możemy nic zrobić, zdajesz sobie z tego sprawę? - matka uśmiechnęła się do mnie smutno, szybko godząc się z lakonicznie przekazanymi jej informacjami na temat haniebnego czynu mojej byłej narzeczonej. 

- Wiem, ale ja ją namówię. 

- Miejmy nadzieję, że się zdobędzie na odwagę i wróci - rzucił ojciec, kierując się do wyjścia. Mama podążyła jego śladami. 

- Brat? - zagadnął nieśmiało Itachi. - Nie sądzisz, że lepszy byłby doktor Morino? Ja jestem tylko zwykłym psychologiem. 

- Nie - odparłem lekko, aż nazbyt, co sprawiło, że rodzice zatrzymali się w progu. - On także brał w tym udział. 

Wszyscy spojrzeliśmy na siebie w wymownym milczeniu. 

** *

I oto ja, świr, stanęłam z powrotem przed moim rodzinnym domem. Choć miałam już nigdy tam nie wracać. Jednak po sześciu latach czułam, że nie mogłam inaczej, pomimo tego, że pełna sprzeczności i wewnętrznej walki z samą sobą, zdawałam sobie sprawę, iż ponownie mogę zostać odrzucona. Jednak czułam, że muszę. 

Z wiekiem tak się ma, że zaczyna dostrzegać się różne głupoty, na które wcześniej się pluło. Na przykład to, jak ważnym jest, żeby mieć rodzinę. Chociaż uświadomiłam to sobie dopiero przed kilkoma minutami, widząc jak ogromne uczucia łączą rodzinę Uchihów w całość, od razu do mnie dotarło jak ogromna samotność mi doskwierała, nawet u boku Sasuke. 

Wiedziałam, że póki co na ojca nie mogłam liczyć. Cierpiał z powodu wkurwienia na mnie, na które nie miałam wpływu. Bo nie chciałam ustąpić. Postanowiłam, że dopóki on nie uszanuje mojej woli, ja sama nic z tym nie zrobię. Choć tak bezgranicznie mu ufałam i wciąż kochałam ponad wszystko, nie sądziłam, że nie będzie on w stanie zaakceptować mojej decyzji, którą podjęłam świadomie, jako dorosła osoba. 

Nie zważając na niego, potrzebowałam w tym dniu wsparcia rodziny. A innej nie miałam jak ta, która zamieszkiwała w tym domu. Może i wciąż byłam pełna żalu do nich, że przekreśliły mnie wszystkie i to wtedy, kiedy ich najbardziej potrzebowałam, jednak zaczęłam i u siebie samej dostrzegać wady oraz zachowania, którymi mogłam je do siebie zrazić. Choć naprawdę się tego bałam, nie miałam wyjścia. 

Ostrożnie nacisnęłam klamkę. Furtka sama puściła, skrzypiąc przeraźliwie. Popchnęłam ją bardziej, wkraczając na podwórko. Nie kontrolowałam tego, co robiły moje nogi, które ostrożnie posuwały się naprzód, nie miałam również wpływu na szalejące w mojej piersi serce i ledwo słyszalny oddech. Czułam się obco, czułam się zagrożona i nie wiedząc, kiedy, stałam już pod drzwiami. Trzęsącymi się palcami nacisnęłam dzwonek, który w dalszym ciągu pobrzmiewał niesamowicie irytującą melodią. 

Usłyszałam kroki. Nie były pospieszne, trochę za wolne, nieco szurające. I na dodatek doskonale zdawałam sobie sprawę, do kogo one należały. W mojej piersi narósł szloch i gdy już myślałam, że go nie powstrzymam, drzwi otworzyły się na oścież, ukazując mi wnętrze z moich koszmarów. 

- Sakura?

Mimo panicznego strachu, który ogarniał całe moje ciało, nie spuściłam wzroku, nie odwróciłam się i nie uciekłam z krzykiem. Stałam i patrzyłam, jak gdyby nigdy nic się nie zmieniło, jakbym wciąż miała dwanaście lat i nie znała bólu życia, który mnie w tym miejscu spotkał. 

- Cześć mamo - udało mi się wykrztusić. Czułam stojące w moich oczach łzy, wiedziałam, że jeżeli nie zamrugam, one zaraz wypłyną, a ja ponownie oszaleję. Jeżeli chciałam się z nią pogodzić, nie mogłam sobie na to pozwolić, dlatego uparcie dusiłam w sobie cały ten syf. 

Moja matka jedną ręką opierała się o klamkę, drugą zaś o futrynę i patrzyła na mnie oniemiałymi oczami. Choć widziałyśmy się poprzedniego ranka, ja dopiero teraz miałam okazję przyjrzeć się jej twarzy, którą tak niegdyś kochałam, na której zawsze pragnęłam zobaczyć wyraz dumy i uznania dla tego co robiłam i kim byłam. I pełna zaskoczenia odkryłam, że nadal pozostawała tak samo ładna, a nawet przepiękna jak w moich najlepszych wspomnieniach. Niesforne kosmyki miodowych włosów wypadających z ulubionej czerwonej spinki, nienaganna figura i te brązowe oczy, patrzące na mnie już nie ze złością czy odrazą, a czystym zdziwieniem, obramowane delikatnymi zmarszczkami. 

I kiedy tak obserwowałam migoczące na jej pełnych policzkach nieoczekiwane promienie słońca, zostałam ponownie małą dziewczyną, tą byłam przed narodzeniem się Ochy, dobrą, grzeczną i wpatrzoną w matkę ponad wszystko. 

- Czemu tu przyszłaś? - zapytała po naprawdę długiej chwili. 

No właśnie. Czemu? Co ja miałam jej powiedzieć?

- Mamo... czy ja mogę wejść?

Przez twarz matki przewinął się grymas bólu, którego się zupełnie nie spodziewałam. 

- Oczywiście, że możesz - odparła zdławionym głosem, ustępując mi miejsca w progu. - Przecież to twój dom. 

*

Stałam za nią. Naprawdę, sterczałam w tej kuchni jak jakiś obcy i gapiłam się na jej wyprostowane plecy, kiedy ona zajmowała się tym, czym powinna się zajmować pani domu, czyli robieniem kawy. Po mojej głowie z głośnym echem odbijały się wspomnienia z posiadłości ojca, gdzie Sayuri nie musiała nic robić, jedynie leżała i pachniała, czekając na rozwiązanie ciąży, która notabene wywoływała u mnie jedynie irytację. Tata zachowywał się jak jakiś dzieciorób, a matka dalej siedziała w kuchni i ogarniała dom, który niegdyś razem dzielili, w którym niczego nie zmieniła. Dlaczego to wszystko tak się skończyło? 

Mama nie odzywała się już więcej. Chociaż nie miałam wrażenia, że mnie ignorowała, od chwili, gdy zdjęłam buty nie spojrzała w moją stronę ani razu. Ale jakoś tak nie miałam jej tego za złe. Bo jak niby inaczej miałaby mnie traktować? Już wolałam to niż jakby się na mnie wydzierała, jak wczoraj. 

Wreszcie się do mnie odwróciła. I patrzyła na mnie spokojnie! Przez chwilę pomyślałam, że to jakaś maska lub podstęp, jednak w pierwszej sekundzie moje ciało przeszyła nieopisana radość. Jak ja za tym tęskniłam. Mama wzięła dwa kubki z kawą, której zapach roznosił się apetycznie po kuchni i ruszyła w stronę salonu. Ja wiernie za nią, rozumiejąc jej intencje bez słów. Może nie tylko ja potrzebowałam pogadać?

Usiadłyśmy na jedynej kanapie w dużym pokoju, która w dalszym ciągu stała pod oknem wychodzącym na ulicę. Mama w jednym jej końcu, z jedną nogą podkuloną, ja w drugim, po turecku, tak jak kiedyś miałyśmy w zwyczaju. Nie mogłam się powstrzymać od nostalgicznego uśmiechu, który wywołał widok mojego starego, zielonego kubka z wymalowanym nań śpiącym królikiem, w którym mama zwykle podawała mi kakao, jak byłam mała. Obok niego na stoliku leżała książka, stos gazet, kilka lakierów do paznokci i pusty talerz. Było tam tak domowo... taki właśnie dom znałam. Nie taki sterylny jak u ojca oraz nie tak perfekcyjny jak dom Uchihów. Ten mały nieporządek był mój.  

I pomimo moich wcześniejszych obaw, żadne wspomnienia nie wróciły. Już się nie lękałam, bo nic się nie działo. Nikt nie krzyczał, nikt mnie nie szarpał ani nie wyzywał. Nic mi się też nie roiło przed oczami. Czułam się tak bezpiecznie, że było to aż niewiarygodne. 

- Słucham cię - odezwała się mama. Chyba znowu na mnie patrzyła. Nie mogłam się oprzeć i również zwróciłam na nią oczy. 

- Nie wiem od czego powinnam zacząć - wyznałam trochę nieśmiało. Mamę to rozbawiło. Podkuliłam nogi w geście zawstydzenia i oparłam o nie czoło. 

- Od czego chcesz - podpowiedziała, zwracając całe ciało do mnie. 

- Chciałabym, żeby było jak dawnej - szepnęłam. Nie wiedziałam, czy mnie usłyszała, ale emocje zaczęły brać nade mną górę i nie potrafiłam powiedzieć tego głośniej. - Nie wiem, co się dzieje wokół mnie, mamo. Nic nie rozumiem - zaczęłam mówić nieco odważniej, choć nadal cicho. - Nie rozumiem, czemu wczoraj przyszliście do mnie obydwoje z ojcem i zrobiliście mi awanturę. I czemu dzisiaj witasz mnie, jakby nic się nie zmieniło, jakbyś... mnie nadal kochała? Co... co się takiego zmieniło we mnie i w... tobie, że... nawet pomimo tego wszystkiego... - urwałam, wybuchając płaczem. 

A matka znowu mnie zaskoczyła, przysuwając się bliżej i przytulając. I oto wtedy poszłam na całość, rycząc jak mała dziewczynka w ramionach mojego największego życiowego wroga. Serce przeżywało zawał, a w mózgu grasowało tornado. 

- Zawsze cię kochałam, jesteś moją córką - powiedziała, gdy trochę mi przeszło. 

- Jakoś średnio ci wychodziło okazywanie mi tego, kiedy jeszcze tu mieszkałam - mruknęłam, wyswobadzając się z jej uścisku. 

- Ty też nigdy nie byłaś zbyt wylewna, a sama przyznasz, że jak dorastałaś, zachowywałaś się bardziej jak ktoś ze wścieklizną, niż człowiek. Pewnie ty masz o mnie takie samo zdanie - podała mi chusteczkę, a ja spojrzałam na nią z krzywym uśmiechem. 

- Skąd niby wiesz, co ja o tobie myślę?

- Pamiętam każde twoje słowo, które o mnie powiedziałaś na sali sądowej. Zrobiłaś ze mnie niezłego potwora. 

- A ty swoim najazdem na dom Sasuke pokazałaś, że nic się nie zmieniło. 

- Może gdybyś była matką, zrozumiałabyś, co to znaczy bać się o życie własnego dziecka - odsunęła się nieznacznie.

- Skoro tak ci zależy na tym, żebym żyła, dlaczego nie odezwałaś się do mnie ani razu przez te wszystkie lata? 

- O to powinnaś zapytać ojca - prychnęła. 

- A co on ma do tego? - uniosłam nieznacznie brwi. 

- Przecież się tak cieszyliście, kiedy odebrano mi do ciebie częściowo prawa rodzicielskie. Sama twierdziłaś, że mnie nie potrzebujesz, Sakuro. Powiedziałaś mi to może nie dosłownie w dniu, w którym się wyprowadziłaś, a potem na rozprawie. Skoro nie chciałaś mnie widzieć, dostosowałam się do twojej woli, myślałam, że tak będzie ci najlepiej, jeżeli wybrałaś... jego - powiedzenie tego wszystkiego zajęło jej dobrą minutę. Miała zamknięte oczy i zmarszczone czoło, twarz opartą o pięść. Westchnęłam. 

- Ja myślałam... - przerwałam, bijąc się z myślami. - Ja zawsze myślałam, że ty mnie nienawidzisz. 

- To źle myślałaś. 

- Więc czemu to wszystko się wydarzyło? Czemu mnie wyzywałaś, czemu mnie odpychałaś od siebie i biłaś? Dlaczego mnie nie przytulałaś, nie uśmiechałaś, kiedy robiłam tak, żebyś była szczęśliwa?

- Bo się ciebie bałam - odpowiedziała szczerze, otwierając oczy, w których były łzy. - Nie wiedziałam, jak ci pomóc. Gdybym mogła cofnąć czas, to wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej. I chciałabym, żebyś teraz mnie uważnie wysłuchała - dotknęła mojego ramienia. - Żałuję. Nigdy nie sądziłam, że twój ojciec mógłby mi ciebie odebrać i rozbić naszą rodzinę. Chciałabym, żebyś pamiętała o tym, że to on mnie zdradził, nie ja jego i ja o tym wiedziałam na długo przed naszym rozstaniem. Nie potrafił tego przede mną ukryć, jednak żyłam nadzieją, że się opamięta i nie zostawi naszej rodziny. Oczywiście, postąpił inaczej i zabrał mi ciebie oraz Kaigo. Z początku prosiłam go, żeby pozwolił mi się z tobą zobaczyć chociaż raz, jednak on twierdził, że beze mnie jest ci lepiej, że potrzebujesz się leczyć i on dopilnuje, żebyś z tego wyszła. No to się usunęłam. Aż do wczoraj, kiedy to przyjechał tutaj cały spanikowany, że uciekłaś z kliniki. Nagle mnie potrzebował, twierdził, że ty mnie potrzebujesz. Więc z nim pojechałam. A jak cię zobaczyłam znowu z tym Uchihą, to aż mną trząchnęło.  To wszystko mnie przerosło.

Na tym jej wypowiedź się skończyła. Zadałam więc pytanie, które w sumie od zawsze mi towarzyszyło. 

- Mamo, co ty tak właściwie masz do Sasuke? 

- Myślałam, że wiesz i że rozumiesz. Nie mogłam pozwolić na to, żeby moja córka prowadzała się z dilerem, który zmuszał ją do brania tego świństwa i do współżycia - wyparowała całkowicie poważnie, a ja ryknęłam śmiechem. Czy to jeszcze byłam ja? Niezrównoważona? 

- Ty chyba nie mówisz na serio? 

- Oczywiście, że tak - oburzyła się nieco. - Nie wiem, co cię w tym tak cieszy. 

- Bo to jakiś stek bzdur, mamo - nadal się uśmiechałam, ale powstrzymałam się od dalszego śmiechu, ze względu na jej niezrozumiałą minę. - Sasuke jest największym przeciwnikiem dragów, jakiego kiedykolwiek poznałam, a na dodatek wtedy, gdy byliśmy razem, był tak samo przerażony seksem jak ja. Kto ci naopowiadał takich głupot? 

- Matka Sayi Hiyugashi - odpowiedziała, jakby to była najoczywistsza sprawa i najpewniejsze źródło informacji w tym mieście. 

- A ona niby skąd miała takie pomysły? - dalej chichotałam. 

- No od Sayi - mama stawała się coraz bardziej niepewna. 

- Aha - pokiwałam głową, w której brakujące elementy układanki zaczynały tworzyć całość. - Uwierzyłaś jakiejś głupiej kwoce i zamiast się mnie po prostu zapytać, wyrobiłaś sobie o nim opinię. 

- A to, że się przez niego cięłaś? Jak to wytłumaczysz? 

- To było dawno temu, mamo. Gdyby nie to, że pojawiła się Ocha, ja nadal bym mogła liczyć na twoją uwagę i może nie uciekłabym się do tego. Ja się czułam przez ciebie odrzucona, przez niego wówczas również i nie umiałam sobie z tym poradzić. Czułam, że nikt mnie nie chciał, nikt mnie nie akceptował. Nigdy nie sądziłam, że to zajdzie tak daleko. Teraz trochę tego żałuję, ale cieszę się, że nadal żyję. Bo to dobrze wiedzieć, że mnie kochasz. Jakoś mi tak lepiej - przeczesałam dłonią włosy, opierając się o kanapę. 

- To dobrze - skinęła głową, również zatapiając się w poduszkach. 

Obydwie patrzyłyśmy w sufit, zupełnie jakbyśmy były zgodnymi siostrami lub przyjaciółkami. 

- Mamo, chciałabym się z tobą pogodzić. Dopiero dzisiaj do mnie dotarło, że mi ciebie brakuje i że to wszystko, co było kiedyś, chyba nie ma dla mnie już większego znaczenia - z ulgą obserwowałam tańczącą w słonecznym świetle firankę. - Kocham cię. 

Matka mi nie odpowiedziała. Z początku nie przeszkadzało mi to zbytnio, jednak po kwadransie milczenia nieco się zaniepokoiłam. Odwróciłam twarz w jej stronę i odkryłam, że po policzkach kolorem przypominających moje włosy spływały jej łzy wielkości grochów. Moje ciało zareagowało automatycznie. Przysunęłam się bliżej niej i oparłam głowę na jej ramieniu. 

- Przyszłaś tu tylko po to, żeby mi to powiedzieć? - wykrztusiła z siebie w końcu. 

To i kilka innych rzeczy. 

- Tak? - poczułam, jak się uśmiechnęła. - Najtrudniejsze chyba za nami, córciu. 

Niekoniecznie - westchnęłam. Podniosłam się z sofy i podałam jej chusteczki oraz przestygniętą kawę. - Tata się mnie wyrzekł. 

Matka spojrzała na mnie uważnie, trochę z przestrachem. 

- Co ty mówisz? 

- Po tym jak wyszliście, pojechałam z Sasuke do studia. Po jakimś czasie przyjechała również moja menadżerka i oznajmiła mi, że i ze mną, i z nią, zerwał kontrakt - wyznałam przygaszona. - Zostałyśmy obydwie bez pracy dlatego, że nie chcę podjąć się ponownie leczenia. 

- Może powiesz mi, dlaczego, bo i mnie to nieco zbiło z pantałyku - już nie płakała. 

- Nie potrzebuję leczenia. Od roku jestem czysta, nawet już nie palę, może okazjonalnie. Wyszłam z depresji i naprawdę chce mi się żyć, a bycie w psychiatryku, to nie jest życie. Chciałabym mieć normalny dom, pracę, może nawet wróciłabym na studia. Nie mogłabym tego wszystkiego, gdybym dalej tam była. Może i jestem poważnie chora, jednak teraz, mając wsparcie Sasuke na co dzień coraz słabiej to odczuwam. 

- Na co jesteś chora? - przerwała mi wpół zdania. Wyglądała na przejętą. 

- Mój były psychiatra stwierdził, że mam psychozę. Od czasu do czasu, kiedy się naprawdę bardzo mocno czymś przejmę zaczynam słyszeć lub widzieć coś, czego nie ma - odparłam bez zmrużenia okiem. Przecież to takie codzienne i normalne. - Dla mnie to bardziej sporadyczne ataki, zwłaszcza, że razem z Sasuke staramy się, żeby wokół mnie raczej był spokój. 

- Czy to się leczy? - dopytywała. 

- Tak. Można chodzić na terapię, ale bardziej pomocna jest farmakoterapia. Tata i doktor Morino tak się na mnie wściekli, ponieważ ani jednego, ani drugiego nie stosowałam. 

- Dlaczego? Przecież to po to, żeby ci pomóc, Sakura - złapała mnie za ramię. 

- Bo odkryłam, że to wcale nie było pomocne, a wręcz przeciwnie. Rozmawianie z doktorem po tylu latach było bardziej robieniem ze mnie świra, niż pomaganiem, a leki mnie otumaniały do tego stopnia, że kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną działo. Po co miałam w tym tkwić? - upiłam łyka kawy.

- Rozumiem, że chłopcy są bardziej pomocni i dlatego tak postąpiłaś - stwierdziła, a mi mowę odjęło. Myślałam, że będzie mnie naciskać, żebym tam wróciła, a ona tak po prostu mnie zrozumiała. 

- Tak. 

- No dobrze. Tak sobie myślę... może mogłabyś spróbować zapisać się do innego specjalisty? - westchnęła, patrząc na zegarek pod telewizorem. Wzruszyłam ramionami. Nie uznałam tego za niedorzeczny pomysł. Terapia bądź co bądź zawsze mogła pomóc. Może nie u psychiatry, a u terapeuty? I nie samej, a z rodziną? - Co jeszcze?

Wtedy po salonie rozległ się dzwonek mojego telefonu. Spojrzałam kontrolnie na matkę, jednak nie wyglądała, jakby miała coś przeciwko temu, żebym odebrała. Pośpiesznie wyciągnęłam aparat i odebrałam. 

- Halo?

- Gdzie ty się podziewasz?! - zagrzmiał Sasuke. - Myślałem, że zeszłaś na dół. Patrzę, a ciebie nie ma. Gdzie w takim razie jesteś?

- Jestem u mamy - powiedziałam bez zbędnych ogródek. W słuchawce przez chwilę panowała cisza.

- Mogę wiedzieć, po co? - ton Uchihy przywiódł mi na myśl odgłos deptanych, jesiennych liści. 

- Przyszłam się z nią pogodzić. Też chciałabym mieć dom - ściszyłam nieco głos, wypowiadając ostatnie słowa. Wstyd było mi nawet przed nim, że nie byłam nigdzie u siebie. - Jeżeli byś mógł, chciałabym, żebyś tu przyszedł. 

- W porządku - wydawał się być nieco spokojniejszym, choć bez patrzenia mu w oczy niczego nie mogłam być pewna. 

Rozłączył się pierwszy, bez pożegnania. Może jednak nadal w nim buzowało. Miałam nadzieję, że nie zrobi mi sceny przy mamie, skoro dopiero co go w jej oczach wybieliłam. Znowu na nią spojrzałam. 

- Co jest takiego w tym chłopaku, że się na nim tak uwiesiłaś, co? - spytała, odkładając kubek na stolik. 

- Nie wiem - skłamałam. 

No bo jak powiedzieć matce prosto w oczy, że jak się widzi takiego kogoś jak Sasuke, to miękną nogi, serce staje na baczność i momentalnie jest się już jego ofiarą? Jak przyznać się, że brunet jednym słowem, bądź gestem potrafi zrobić moim zmysłom istne sacrum i profanum na raz? 

- Myślę, że wiesz - prychnęła. - Skoro twierdzisz, że jest godny tego, byś z nim mieszkała i że moja opinia o nim jest błędna, może rzeczywiście będzie lepiej zacząć wszystko od nowa. 

Wtedy to zadzwonił dzwonek. Choć ja pierwsza zerwałam się na równe nogi, matka uspokoiła mnie jednym, stanowczym gestem i sama ruszyła w stronę przedpokoju, pozbawiając mnie szansy skontrolowania przebiegu ich spotkania. Usiadłam, bezsilna i zrezygnowana. 

- Dzień dobry - przywitał się uprzejmie, choć wiedziałam, że wolałby nie być dla niej zbyt miły. 

- Wejdź, Sasuke - odparła mama tonem, z którego nie mogłam nic wyczytać. 

Nastąpiła chwila względnej ciszy, jedynym, co słyszałam, było pośpieszne rozbieranie się Uchihy z ubrań. Po kilkunastu sekundach ujrzałam go w progu pokoju, tuż obok mojej matki. Wlepiał we mnie wściekłe gały i całą swoją aurą upewniał mnie tylko w przekonaniu, że czeka mnie ostry wpierdol za kolejną ucieczkę. 

- Cześć, Sasuke - postanowiłam udawać, że kompletnie nie zauważyłam tego jakże oczywistego przekazu, którym emanował. - Nagadałeś się już z rodzicami?

- O tobie? Owszem - fuknął, aż mnie ciarki przeszły. - Czemu mi nic nie powiedziałaś? 

- Bo byłeś zajęty - odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. Mama, jak gdyby nigdy nic, siedziała na swoim dawnym miejscu i obserwowała nas uważnie. I weź jej powiedz w takiej atmosferze, że wychodzisz za tego typa za mąż. 

- Usiądź proszę w fotelu, Sasuke i się uspokój - matka wreszcie zabrała głos, przerywając moją niebezpieczną wymianę zdań z ciemnookim. Ten spojrzał na nią z jakimś dziwnym wyrzutem. - No siadaj. Nic wam nie będzie, jak nie usiądziecie raz obok siebie. 

I Uchiha zasiadł w fotelu, dokładnie naprzeciwko mnie. W klasycznym, męskim rozkroku, z dłońmi opartymi na udach, siedział i wywiercał mi dziurę w duszy. I sama nie wiedziałam, dlaczego, wyglądał bardzo zabawnie. Pozwoliłam sobie tylko na ściągnięcie warg w prostą kreskę i zdecydowaną ucieczkę oczu w kierunku wystygłej kawy. 

- No to po co on miał tu przyjść, Sakura? - zapytała mama, unosząc wyczekująco brwi. Zarumieniłam się, jeszcze więcej uwagi poświęcając mojemu kubkowi. 

- To może ja powiem, bo chyba się domyślam, co wymyśliła - odezwał się brunet. 

- Proszę - odparła, opierając się wygodniej o kanapę. Sasuke w końcu zwrócił swe oczy ze mnie na nią, a ja odetchnęłam z ulgą. 

- Oświadczyłem się Sakurze - powiedział bez zbędnych wstępów, a ja nie wytrzymując napięcia, zacisnęłam mocno oczy, czekając na wybuch jednego bądź drugiego. - Zgodziła się, ale chciałbym również mieć pani przyzwolenie. 

- Wybrałeś sobie nieco złą kolejność, chłopcze - mruknęła nadzwyczaj chłodno. 

- Zdaję sobie z tego sprawę, jednak nie przewidziałem tego, że pani córka będzie chciała odnowić z panią kontakty. Gdyby mnie uprzedziła, wyglądało by to bardziej przyzwoicie - przyznał. - Na swoje usprawiedliwienie dodam, że moi rodzice również dowiedzieli się o tym dopiero przed chwilą. 

Mama nieoczekiwanie się roześmiała, co spotkało się i z moim i z jego zdumieniem. 

- Słabe to pocieszenie, ale czego innego mogłam się po was spodziewać - powiedziała z uśmiechem. - Co na to twoi rodzice? Tylko szczerze. 

- Nie są do tego do końca przekonani, ale szanują moją decyzję - odparł całkowicie poważnie. - A pani?

- Ja również nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Jesteście młodzi, w moich oczach jeszcze jesteście dziećmi, na dodatek okazało się, że nic tak naprawdę o tobie nie wiem, choć przyjaźnię się z twoją matką od bardzo dawna - westchnęła. - Nie wiem, co powinnam ci odpowiedzieć. Moja córka pewnie chciałaby, żebym się po prostu zgodziła, ale obydwoje dobrze wiecie, że w życiu nie ma tak łatwo. 

- Pani nam to dobitnie zawsze pokazywała - palnął, a ja spojrzałam na niego jak na debila. No nie ma co, urodzony dyplomata. 

- Jak będziesz mieć własne dzieci, to zrozumiesz - skwitowała, totalnie nieporuszona jego niegrzeczną uwagą. - Zawsze zależało mi jedynie na jej dobru, więc z tego, co mówiła Sakura, mamy podobne cele. 

- Na to wychodzi - wreszcie się uśmiechnął. Ona również. 

- Sasuke, zgodzę się, ale pod jednym warunkiem - powiedziała bardzo dokładnie. 

- Słucham?

- Niech Sakura z powrotem się do mnie wprowadzi - oznajmiła, a ja struchlałam. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że mama znów chciałaby, żebym dzieliła z nią dach. - Nie mówię, że chcę ją w jakiś sposób kontrolować, jednak chciałabym, żeby to miało ręce i nogi. Mógłbyś ją codziennie odwiedzać, nawet zostawać na noc, nie chcę was rozdzielać. Jako jej matka uważam, że skoro mamy coś naprawiać, to powinniśmy zacząć właśnie od tego. 

W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Słychać było jedynie nasze miarowe oddechy i w moim umyśle brzmiało to naprawdę mrocznie. 

Byłam zszokowana propozycją mamy i będąc szczerą, nie wiedziałam, czy chciałabym znowu spróbować życia w taki sposób, z nią obok. Owszem, chciałam mieć mamę, ale może nie na co dzień, nie obecną w każdej minucie mojego życia, nie bez tajemnic. Taka sytuacja miała ostatnio miejsce w podstawówce i ja sama już nie pamiętałam, jak to jest być zależną od kogoś innego niż ojciec, Sasuke, bądź lekarz. 

Jak to jest mieć kochającą mamę? Czy tak, jak było to do tej pory – z mnóstwem krzyków i zakazów - czy może raczej na spokojnie i ciepło? Czy ja kiedyś czułam w tym domu ciepło? Czy to nie stąd od zawsze pragnęłam uciec? I teraz miałabym wrócić? Wyrzec się tamtej siebie, z najgorszego okresu w moim życiu?

Miałam... zapomnieć? 

- Mamo, nie wiem, czy mogę tak spontanicznie podjąć taką decyzję - powiedziałam otwarcie. 

- Jaka by nie była, jest twoja - czułam w jej głosie lekki zawód. - Przecież nawet jak tu nie zamieszkasz, to i tak się pobierzecie. Najpierw zabrali mi prawa do ciebie, a teraz jesteś pełnoletnia, nie mam nad tobą żadnej kontroli. 

- No tak, ale wtedy pani warunek nie ma sensu - wtrącił brunet. 

- A ty co o tym sądzisz? - spojrzałam na niego nieśmiało. Przez jego twarz, pierwszy raz od wczorajszego wieczora przewinął się cały wachlarz emocji. Nie byłam jedyną, której ten temat nie był na rękę. 

- Wiesz, że nie mam po co żyć, jeżeli nie ma cię obok - powiedział, zasłaniając twarz dłonią. 

Okej, autentycznie z wrażenia spadłam z kanapy. Mieszkałam z nim od trzech miesięcy, widywałam go dzień w dzień i teoretycznie wiedziałam, że mnie kocha, a mimo to w dalszym ciągu przy każdym takim wyznaniu czułam się jak poturbowana w pogo psychofanka. Sasuke spojrzał na mnie z politowaniem, a ja zagłębiałam się w poczuciu, że ze mnie jest klasyczny debil. 

- No i wszystko jasne - skwitowała mama. 

- A co powiesz na weekendy? - zaproponowałam, siadając z powrotem. 

- Chcesz go zostawiać na cały weekend po takim wyznaniu? - zdziwiła się wielce. Uchiha patrzył się na mnie wrogo, a ja, wewnętrznie rozanielona, układałam w głowie misterny plan złożony z namiętnych pożegnań w piątki i gwałtownych powitań w niedzielne wieczory. 

- Właśnie doszłam do wniosku, że to nie jest takie głupie - oznajmiłam zadowolona. 

Chyba go zabiłam. Naprawdę, gapił się na mnie, jakbym mu wbiła nóż w plecy. Kurwa, jakie to było piękne, a ja sama, genialna!

- Tak właśnie chcesz żyć? - zapytał Sasuke, ukrywając w głębi siebie cały swój ból, który - byłam święcie przekonana - właśnie czuł.

- Przecież to tylko dwie noce w tygodniu - uśmiechnęłam się. Wstałam, obeszłam stolik i nie zważając na matkę, uklęknęłam przy nim, dotykając policzkiem jego kolana. - I tak będziemy razem. A może zyskamy coś nowego? No i w końcu to nie jest na zawsze. Zgódź się. 

- Nie potrzebujesz mojej zgody, Sakura - odparł chłodno. Podniosłam głowę i ogarnęłam ufnym, zakochanym spojrzeniem całe jego oblicze. 

- Potrzebuję - mruknęłam. - Chcę jej, Sasuke. 

Brunet nic nie odpowiedział. Położył mi dłoń na głowie i wczepił ją w moje włosy, zamykając oczy. 

*

Nie było to dla mnie łatwe. Stałam przed drzwiami do mojego własnego pokoju i jakoś nie mogłam się zdobyć na to, żeby tam wejść. Sama co prawda się uparłam, że chcę to zrobić, jednak, gdy przychodziło co do czego, zachowywałam się jak rodowity tchórz. 

Mierzyłam własne oddechy. Było ich już sześćdziesiąt trzy. 

To tylko pokój - powtarzałam sobie w myślach, lecz to wcale nie czyniło mnie bardziej pewną siebie. 

Czułam swój zaciśnięty z nerwów żołądek, czułam, jak pocą mi się dłonie, a przed oczami stawały mi wszystkie wspomnienia z nocy, której ostatni raz miałam okazję trzasnąć tymi drzwiami, chcąc się odciąć od życia na dobre. 

- Coś nie tak? - poczułam obecność Uchihy za moimi plecami. Wszystko było nie tak. 

- Jakoś nie mogę - wyznałam, puszczając klamkę już któryś raz z rzędu. 

- To tego nie rób - w jego głosie wyczułam wyraźną prośbę. Przyciągnął mnie ramieniem do siebie i owinął mnie nim tak ściśle, że wiedziałam, że dopóki nie odpuści, nie zostanę uwolniona. Tak jak zawsze. To w nim najbardziej lubiłam. 

Mama była na dole. Szykowała kolację dla nas i rodziców Sasuke, po których poleciał przed chwilą. Matka chciała z nimi to wszystko obgadać, tak jak nakazywała tradycja. Chciałam obejrzeć mój pokój sama, zrobić to szybko i mieć to za sobą. Niestety, nie zdążyłam. Tak najwyraźniej miało być. Dziewczyn, póki co nie było. Z tego się cieszyłam. Obawiałam się ich reakcji na mój widok. Nie byłam zbyt przyjemna dla Yuriko, kiedy ostatnio się widziałyśmy. A co mogła sobie pomyśleć Ocha? Zerwałam z nią kontakt, całkowicie. Prawdę mówiąc, wcale o niej nie myślałam przez te lata. Freud by powiedział, że to jej tak naprawdę nienawidziłam, tak sądzę. No, trudno było mi określić, ale nie czułam zbyt dużego poczucia winy z tego powodu. Może Freud miałby rację. Powróciłam myślami do drzwi. 

- Sasuke, zrób to za mnie, proszę... 

- Nie - odparł niemal natychmiast. Drgnęłam, czując zawód. - Skoro tego chcesz, to sama to zrób.

Miał rację. Musiałam być samodzielna. Złapałam mocno za klamkę i pchnęłam. Drzwi ustąpiły, a mnie owinął zapach pasty do podłóg, taki śmierdzący, i proszku do prania. Zapaliłam światło. Przestąpiłam przez próg i zamarłam. 

Nic się nie zmieniło. Matka nie zrobiła co prawda z tego pokoju sanktuarium, ale miałam dziwne przeczucie, że sterylność tego pomieszczenia i tak była nieco na wyrost. 

- Jak tu czysto - prychnęłam. 

- Tu zawsze tak było - odwróciłam się do Uchihy przodem. Dalej stał w korytarzu i obserwował mnie uważnie. - To u mnie zawsze był syf, a u ciebie porządek. - Uśmiechnęłam się do niego szeroko. 

Jednym z powodów była jego słuszna uwaga. Drugim zaś fakt, że pokój pozostawał tylko pokojem, a ze mną dalej było w porządku. 

- Wejdź - wywróciłam oczami i rozejrzałam się wokół siebie. 

Z wierzchu nie wyglądało, jakby trzeba było tu sprzątać. Ja zostawiłam porządek i mama również o niego dbała. Zastanawiało mnie jednak w jakim stopniu i to był główny cel mojej wizyty w tym pomieszczeniu. 

- Usiądź - poleciłam Sasuke, który zaraz po tym potulnie rozsiadł się na łóżku. Znowu zaczął wlepiać we mnie te swoje wielkie, ciemne gały. 

Podeszłam do szafy przy drzwiach. Otworzyłam ją, zawiasy nawet nie zaskrzypiały. Wewnątrz było pusto. Bardzo mnie to zdziwiło. Nie zabierałam ze sobą zbyt wiele rzeczy, planowałam przecież popełnić samobójstwo. Dobrą chwilę stałam i wgapiałam się w puste półki w poszukiwaniu odpowiedzi. Aż w końcu zaskoczyłam - przecież ojciec jeszcze przed rozwodem wszystkie te ciuchy przeniósł do swojej nowej chaty w nadziei, że to tam uwiję sobie gniazdko. Na ten moment jego wielkie kurwa niedoczekanie. Zamknęłam szafę i swoje kroki skierowałam do stojącego w poprzek pokoju łóżka. Położyłam się na podłodze i zaintrygowana zerknęłam pod stelaż. Prychnęłam, wyciągając rękę w stronę blaszanej kasetki. Wierzyć mi się nie chciało, że mama do niej nie zajrzała, skoro wręcz lśniła czystością. Usiadłam na łóżku obok Sasuke, a on – pewnie zaciekawiony jej zawartością - przysunął się bliżej mnie. Otworzyłam ją sprawnym ruchem i aż zaniemówiłam. 

- Co to jest? - głos bruneta dawał mi do zrozumienia, że znajdował się w stanie wyraźnego szoku. 

- To... to takie moje skarby - mruknęłam nieco zawstydzona. Wysypałam zawartość kasety na pościel i przyjrzałam się wszystkiemu uważnie. 

Tylko się nie przestraszcie, nie chcę wyjść na wariatkę. Z tą samą myślą zerknęłam ukradkiem na siedzącego obok mężczyznę. Pomiędzy mną a Sasuke prezentowała się moja mała kolekcja przydatnych przedmiotów, o której najwyraźniej wiedziałam tylko ja. 

Był zielony pendrive, na którym miałam nagrania z naszch koncertów. No i kilka fajniejszych piosenek, przy których lubiłam nie myśleć. 

Było kilka zdjęć: z Naruto i Sasuke, jak byliśmy młodsi, z Ino i Hinatą z naszych szalonych nocowań w roku, w którym Uchiha wyniósł się do Tokio z rodzicami. Było też zdjęcie z rodziną, bardzo zniszczone, całe porysowane, jak gdybym wówczas chciała unicestwić całą soją rodzinę. Moja twarz była całkowicie niewidoczna i na dodatek przedziurawiona na wylot. Uśmiechnęłam się na myśl, jak bardzo zmienił się mój sposób myślenia o tym wszystkim. To był jednak smutny grymas. 

Był też rozwalony, stary cyrkiel, maszynka do golenia i oczywiście trzy żyletki. Jedna z nich niewyczyszczona. Skoro już o tym mowa – ponownie zerknęłam z obawą w stronę Uchihy, który bardzo kiepsko ukrywał swoje niedowierzanie i coś na kształt odrazy. Powinnam była jednak przejrzeć to sama; nie mógł się przecież spodziewać, że ktoś może robić takie obrzydliwe rzeczy, a szczególnie ja. 

Wzięłam do ręki starannie złożone chusteczki, na których jawiły się brązowe plamy. Jedne większe, inne niekoniecznie, ale wszystkie były. Obracałam je w palcach, czując wewnątrz narastające pieczenie. Dawno już zapomniałam, jak to jest zapadać się w siebie. Byłam ciężka, a materac, na którym obydwoje siedzieliśmy nagle zdawał się być ruchomymi piaskami, gotowymi pochłonąć moje Ja za wszystkie przewinienia i nakarmić się moim poczuciem winy i wstydu, które zaczęły mi towarzyszyć. 

- Po cholerę to trzymałaś? - ciemnooki zapytał, wyrywając mi je wszystkie z rąk. Nie opierałam się, spuściłam mocno głowę. 

- To taki mój sentyment - wyznałam po dłuższej chwili. Czułam, że nie rozumie. Chcąc uniknąć dalszych pytań, wzięłam do ręki ostatnią rzecz. Uniosłam torebkę na wysokość jego oczu. - Chcesz?

- Nie - burknął. 

- Ja też - przyznałam, rzucając stary, zwietrzały susz konopi wprost do kasetki. Przez chwilę było naprawdę cicho, a buzujące w Sasuke emocje powoli zaczynały przenosić się też na mnie. 

- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał niecierpliwie. 

- Zdjęcia i gwizdek sobie zostawię, a... - westchnęłam, wahając się nad porzuceniem przeszłości - a resztę trzeba wypieprzyć - powiedziałam szybko. - Muszę się w końcu odciąć od tego gówna. 

Spakowałam wszystko, co chciałam wyrzucić z powrotem do kasetki. Zielsko podałam brunetowi i poprosiłam, żeby to spuścił w kiblu. Skinął głową, a ja czym prędzej zeszłam na dół. Nim się obejrzałam, choć starałam się iść powoli, byłam już w kuchni. 

Mama kończyła właściwie przygotowywać herbatę. Trzęsły się moje nogi, ręce, nawet serce wywijało w mojej piersi salta godne olimpiady, ledwo mogłam ustać, w skrócie. Twarz miałam jednak kamienną i ze spokojem przyjmowałam fakt, że prawdopodobnie odpływała z niej cała krew. Odchrząknęłam, a kobieta odwróciła się do mnie powoli, zupełnie jakby czuła, że stoję za nią. Spojrzała na kasetkę z zainteresowaniem, po czym wróciła do robienia herbaty. 

- Nie chciałam w tym grzebać - odezwała się w końcu. - To pudełko ma złą energię. 

- Jeżeli chcesz zobaczyć, co jest w środku, masz ostatnią szansę - powiedziałam cicho. Ona westchnęła i stanęła do mnie przodem, czekając, aż do niej podejdę, co natychmiast uczyniłam. Podałam jej kasetę i z udawanym spokojem patrzyłam na coraz to bardziej obrzydzoną twarz kobiety. 

- Tak mi się właśnie zdawało, że nie znajdę tam nic dobrego – tylko mruknęła zasmucona. 

- Pokazuję ci to nie bez powodu. Chcę, żebyś zobaczyła coś bardzo dla mnie ważnego - odebrałam jej pudełko. Otworzyłam szafkę, w której był kosz i wywaliłam całą zawartość, która zabrzęczała cicho bez cienia żalu. Gdy zamknęłam szafkę, spojrzałam na nią z uśmiechem. - Zaczynam od nowa mamo i chciałam ci to udowodnić, żebyś nigdy w to nie zwątpiła. A to nie wszystko – z kieszeni spodni wyciągnęłam złożoną kartkę, tę samą, co rano. - Chcę ci to pokazać. Przeczytaj, kiedy będziesz chciała. To jest takie... od serca. Zresztą, wymyśliłam to dzisiaj rano. 

Mama spojrzała na kartę i miałam wrażenie, żee domyśliła się, co na niej było. W mojej głowie zaś, patrząc na jej powoli rozjaśniające się, zmęczone oblicze pobrzmiewało tylko jedno, najważniejsze zdanie z tej kartki. 

Usłyszałam odgłos kroków na schodach. To był Sasuke. W tej samej minucie otworzyły się drzwi wejściowe i zobaczyłam państwa Uchihów, którzy ochoczo gawędzili z moimi siostrami - roześmianą Yuri i bardzo wyrośniętą, wyraźnie poirytowaną Ochą. 

Zapominam, co rani mnie.**

Nasze spojrzenia się skrzyżowały. 


Cześć.

Ci z Was, którzy obserwują mój fp na Facebooku i widzieli posty wiedzą, że nie było mi łatwo napisać ten rozdział. Najpierw było przygotowanie do matury, potem same egzaminy, które udało mi zdać i to nawet całkiem dobrze – przerwa w pisaniu była więc opłacalna. Potem długie wakacje, podczas których zaczęłam pracę nad tym rozdziałem i doszłam do wniosku, że ujawnienie w nim jak naprawdę było pomiędzy bohaterami i co wydarzyło się w pierwszej części i na początku drugiej. Pomogła mi w tym, uwaga, moja własna mama, która kompletnie nie ogarniała, co się działo przez te sześć lat na tym blogu, ale po krótkim wprowadzeniu wygłosiła długi monolog na podstawie którego powstała scena z mamą Sakury. Dlatego to jej należą się największe propsy w tym momencie. Obawiam się nieco Waszej reakcji, w końcu Hikari przez sześć lat była główną antagonistką. Wierzę jednak, że zrozumiecie, co chcę Wam przez to pokazać. Czekam na komentarze xd

Nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Dzięki Kodomo podjęłam decyzję, że 21 nie powinien być ostatnim, ale nie wiem czy następny będzie 22, czy epilogiem. Wyjdzie w praniu. A póki co, za miesiąc sesja. No bo dostałam się na swoją wymarzoną psychologię i powiem Wam, że w przypadku tej historii może się to okazać pomocne.

Dziękuję wszystkim, którzy czekali ponad rok. Liczę, że i tym razem Was nie zawiodę.

Loffki z A1 (lecę właśnie na sylwka do Łodzi).

Szczęśliwego Nowego Roku <3

Tytuł: „Pysk” Bovska

*- „This is what makes us girls” Lana Del Rey

**- „Pysk” Bovska

Cierpiąca Nanase